Czarne Koszule czarnym koniem, relacja z meczu Polonia Warszawa vs PBG Basket Poznań
Takiego rozstrzygnięcia chyba nikt się nie spodziewał. Poloniści pokonali PBG Basket Poznań 68:67, mimo że, przez prawie całe spotkanie musieli gonić wynik.
Decydujący cios, na kilka sekund przed końcem zadał Harding Nana, dzięki czemu hala „Koło” w tym sezonie jeszcze nie została zdobyta.
Spotkanie zdecydowanie lepiej rozpoczęli goście, którzy sprawiali wrażenie, jakby za wszelką cenę chcieli zrehabilitować się za ostatnie niepowodzenia. Dzięki agresywnej grze w obronie często wymuszali oni błędy na graczach Polonii i po trzech minutach prowadzili 6:0. Wśród poznaniaków szczególnie widoczny był Patrick Okafor, który nie tylko punktował, ale i wymuszał faule podkoszowych zawodników Polonii, co wobec dalszej rywalizacji nie pozostawało bez znaczenia. W połowie kwarty jednak, warszawianie otrząsnęli się z letargu i zaczęli dotrzymywać kroku swojemu rywalowi. Stało się tak za sprawą Łukasza Wichniarza, który jako jeden z nielicznych radził sobie z defensorami wielkopolskiego zespołu. Mimo tego, Basket cały czas utrzymywał bezpieczną przewagę, która na koniec pierwszej kwarty wynosiła 5 punktów.
W drugiej odsłonie, Czarne Koszule próbowały powtórzyć ten sam manewr i jak najszybciej odrobić straty, ale celna „trójka” Eddie’go Millera i penetracje Piotra Stelmacha skutecznie im to uniemożliwiły. Polonistom ewidentnie brakowało wsparcia ze strony wysokich zawodników, którzy przez cały czas byli odcinani od podań, bądź umiejętnie podwajani. Nie to było jednak największym problemem gospodarzy, a notowana coraz większa liczba przewinień poszczególnych graczy. Widząc to, trener Wojciech Kamiński próbował rotować składem, ale na niewiele się to zdało. Goście tymczasem, w dalszym ciągu trzymali się założeń taktycznych i w połowie „ćwiartki” wynik brzmiał 27:32 na ich korzyść. Pod koniec pierwszej połowy, wobec nieobecności na parkiecie najlepszego strzelca Polonii, ciężar gry starał się wziąć na siebie Darnell Hinson. Amerykański rozgrywający w swoim stylu penetrował strefę podkoszową rywala, ale był osamotniony w dążeniu do celu. Na domiar złego, po fenomenalnym finiszu w wykonaniu Millera poznaniacy wygrywali różnicą aż 13 punktów, dzięki czemu byli w o wiele bardziej komfortowej sytuacji przed zbliżającą się drugą połową.
Po zmianie stron, obraz gry nie uległ zmianie. Podrażnieni kilkoma udanymi akcjami ze strony Polonii goście, zastosowali swoją najskuteczniejszą tego wieczoru broń, jaką były akcje w polu trzech sekund i w mgnieniu oka zdystansowali stołeczną ekipę. We wspomnianym elemencie nadal brylował Vladimir Tica, którego warszawscy koszykarze w żaden sposób nie potrafili powstrzymać. Ponadto, wiele pożytecznej pracy wykonywał też Okafor. Nigeryjczyk korzystając ze swojej siły, nie miał sobie równych w walce o górne piłki, zapoczątkowując tym samym nowe akcje swojego zespołu. Gospodarze nie zaskakiwali przeciwnika niczym szczególnym. Ich gra, podobnie jak w pierwszych dwóch kwartach była bardzo chaotyczna, co nie mogło przynieść pożądanego efektu. W związku z tym, przed decydującą batalią, wynik na tablicy świetlnej pokazywał 47:58 i chyba tylko najśmielsi optymiści wierzyli jeszcze w odwrócenie losów tego pojedynku.
Gospodarze nie zamierzali się jednak, tak łatwo się poddawać. Dzięki mądrej grze w obronie i waleczności Hardinga Nany, 7 minut przed końcem tracili do rywala zaledwie 4 punkty! W tym momencie stało się jasne, że każdy scenariusz jest jeszcze możliwy. Podłamani takim obrotem sprawy podopieczni Miliji Bogicevicia nie tylko nie byli już tak skuteczni, ale też notorycznie popełniali proste błędy, co działało na korzyść rozochoconych Polonistów. 120 sekund przed końcową syreną sytuacja zrobiła się naprawdę nerwowa. Przewaga poznaniaków zmalała, bowiem do 3 „oczek” i w hali „Koło” zapanowała prawdziwa euforia. Niesieni głośnym dopingiem publiczności gracze Wojciecha Kamińskiego coraz bardziej przybliżali się do korzystnego rezultatu. Z niesamowitą pewnością siebie kolejne punkty zdobywali Marcin Nowakowski i Tony Easley. Na ich wyczyn zdołał, co prawda odpowiedzieć jeszcze Łukasz Wiśniewski, ale jak się później okazało, ostatnie słowo należało do miejscowych. W ostatniej akcji meczu, nie pomylił się Nana, który trafiając w trudnej sytuacji spod kosza zapewnił Polonii piątą wygraną w tej edycji rozgrywek. Dzięki temu, Czarne Koszule plasują się w tym momencie tuż za czołówką, co jest i tak sporym wyczynem.