Fatalna sytuacja w Nowym Orleanie, liga NBA przejmie Hornets?!
Zdumiewające wieści docierają do nas zza oceanu. Wręcz znikąd wyrosła nam historia godna pierwszych stron gazet. Otóż sytuacja finansowa New Orleans Hornets jest tak zła, że jej właściciel chce się jej pozbyć na gwałt, ale nie może znaleźć chętnego. Nowym nabywcą drużyny Chrisa Paula i Davida Westa ma zostać sama liga NBA, a miasto może stracić klub!
Ten niezwykły zwrot akcji uderzył niczym grom z jasnego nieba. Owszem - można było przeczytać informacje o tym, że obecny właściciel "Szerszeni", George Shinn chce pozbyć się klubu, ale nikt z nas nie przypuszczał, że sytuacja jest do tego stopnia dramatyczna, że ma zamiar wkroczyć sam David Stern.
Do tej pory wydawało się, że to sprawa jakich wiele w obecnej NBA - pieniądze od pewnego czasu są jednym z głównych tematów rozważań koszykarskich fachowców - kryzys finansowy, spadające ceny biletów, wreszcie widmo lockoutu tylko je napędzają. W tym jednak przypadku prędkość wydarzeń jest przytłaczająca. Istnieje nawet groźba, że miasto dotknięte huraganem Katrina straci swoją drużynę w NBA!
Powodem całego zamieszania jest fakt, iż frekwencja na meczach Hornets jest bardzo niska, co raczej nie dziwi - miasto wciąż na dobrą sprawę boryka się z horrorem, które dotknął je 5 lat temu. Ludzie nie są tak skorzy do wydawania pieniędzy na rozrywki typu bilety na mecz. Ekonomia dyktuje im zaciskanie pasa, co dodatkowo akceleruje stagnacja rynków światowych i zła sytuacja gospodarki amerykańskiej.
Przede wszystkim jednak u George'a Shrinna wykryto raka prostaty. Wszystko to zmusiło go do gwałtownych działań i próby sprzedania klubu, na rzecz walki nie tylko o portfel, ale i o własne życie. Negocjował on od pewnego czasu z Gary Choustem, ale rozmowy przeciągają się i najprawdopodobniej pomysł ten nie wypali. Tutaj pojawia się miejsce na ruch włodarzy ligi - mogą oni posiąść klub. Sytuacja jest na tyle posunięta do przodu, że Stern wynajął już nawet odpowiedni personel do zarządzania klubem do czasu, aż nie znajdzie się nowy właściciel.
Skąd ten pośpiech kierownictwa najlepszej ligi świata? Ano właśnie, domyślacie się pewnie, że Stern i spółka nie robią niczego charytatywnie. Może poza NBA Cares, ale te działania też przecież przynoszą lidze większy prestiż, co wiąże się z lepszym wizerunkiem, to z kolei skutkuje większym zainteresowaniem i większą ilością pieniędzy zostawionych przez fanów w halach czy też włączeniem meczu w telewizji i tak dalej, i tak dalej. Koniunktura się nakręca.
Niektórzy uważają, że właściciele z Nowego Orleanu mogą być negatywnym czynnikiem w negocjacjach z zawodnikami na tle lockoutu. Powód? To miasto po prostu w danej sytuacji społecznej jest mało perspektywicznym rynekiem, z którego trudno wycisnąć sensowne zyski, a są przecież miasta, które klub NBA przyjęłyby z otwartymi ramionami. Fani koszykówki w Seattle, Anaheim, Kansas City czy nawet Las Vegas zacierają pewnie ręce - oto na horyzoncie pojawiła się ogromna szansa na utworzenie nowej organizacji. Aglomeracje te dają dużo większe możliwości manewru, niż pogrążone w marazmie New Orleans.
Co natomiast z fanami z Nowego Orleanu? Nie mam pojęcia, jak rozwinie się cała sytuacja, ale NBA to biznes, a ten bywa brutalny. W tym momencie sytuacja wygląda tak, że powoli należy żegnać się z jedynym klubem NBA w stanie Luizjana. Miejmy nadzieje, że nie odbije się to na wynikach sportowych Chrisa Paula i kolegów.