Polpharma nie zwalnia tempa
W meczu drużyn sąsiadujących w tabeli górą starogardzianie. Podopieczni Zorana Sretenovicia pewnie pokonali Kotwicę Kołobrzeg 81:67, przez co udowodnili swoje aspiracje do górnej części tabeli.
Gospodarzom nie pomógł tym razem Ted Scott, który podobnie jak we wcześniejszych pojedynkach, był czołową postacią „Czarodziejów z Wydm”.
Już na początku spotkania widać było ogromną dysproporcję pomiędzy oboma zespołami. Gracze Kotwicy sprawiali wrażenie zaskoczonych twardą grą w obronie rywala i nie byli w stanie się temu przeciwstawić. Punkty z dystansu próbowali, co prawda zdobywać Fisher i Scott, ale ich rzuty nie trafiały do celu. Indolencję drużyny prowadzonej przez Dariusza Szczubiała momentalnie wykorzystali koszykarze Polpharmy, którzy dzięki szybkim działaniom w ofensywie, osiągnęli sporą przewagę. Bardzo dobrze w rozegraniu radził sobie Robert Skibniewski, niejednokrotnie otwierając drogę do kosza swoim partnerom. Najlepiej spośród nich radził sobie Michael Hicks. Bohater ostatnich spotkań z udziałem Polpharmy punktował z najrozmaitszych pozycji, dzięki czemu jego zespół prowadził po pierwszej kwarcie aż 28:10.
W drugiej odsłonie, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji kołobrzeżanie, starali się grać bardziej konsekwentnie w ataku. Najczęściej jednak, kończyło się na samych zamiarach, bo nienaganna defensywa zawodników Polpharmy w dalszym ciągu stanowiła prawdziwą zaporę. Jedynym oprócz Teda Scotta, który potrafił się wyłamać z reguły był Tomasz Zabłocki, ale i jemu zbyt często zdarzało się przestrzelić. W związku z tym, gospodarzom pozostawało jedynie bronić własnego kosza. Ta sztuka udawała im się tylko do pewnego momentu. Gdy starogardzianie ponownie zaczęli grać na swoim normalnym poziomie, stało się jasne, że o równorzędnej walce nie ma mowy. Dodatkowo, na ich korzyść przemawiał fakt, że do Hicks’a dołączył Kamil Chanas, który także zaprezentował swoje nieprzeciętne umiejętności strzeleckie. Wszystko to sprawiło, że po 20 minutach ich team wygrywał różnicą 19 „oczek” i zastanawiało tylko, jak zareagują na te wydarzenia podrażnieni gracze Kotwicy.
Po zmianie stron jednak, obraz gry nie uległ zmianie. W szeregach nadmorskiej drużyny nadal królował indywidualizm, z którego poza statystykami poszczególnych zawodników, nic dobrego nie wynikało. Swoją grę, kołobrzeżanie opierali tym razem na Darrell’u Harrisie, ale amerykański śridkowy miał z kolei spore problemy z kryjącymi go na zmianę Kirkiem Archibeque’m i Urosem Mirkoviciem. Wobec takiej sytuacji, ciężar gry starał się wziąć na swoje barki Scott, lecz jego popisy nie przynosiły spodziewanych korzyści dla zespołu. Takich problemów nie mieli natomiast goście. Podopieczni Zorana Sretenovicia, czując, że wszystko jest pod kontrolą grali bardzo spokojnie i systematycznie powiększali przewagę, która przed decydującą batalią wynosiła aż 23 punkty. W związku z tym, stało się niemal pewne, że komplet punktów pojedzie do stolicy Kociewia.
W ostatniej „ćwiartce”, zbyt pewni siebie Farmaceuci zostawiali coraz więcej swobody rywalowi, co sprawiło, że kołobrzescy gracze ochoczo ruszyli do odrabiania strat. Główne role ponownie odgrywali Scott do spółki z Zabłockim i w pewnym momencie, nadzieje miejscowych fanów na odniesienie korzystnego rezultatu znów odżyły. Jak się później okazało, ta radość była bezpodstawna bowiem brązowi medaliści poprzedniego sezonu widząc, że przeciwnik przejmuje inicjatywę, ponownie zagrali na sto procent swoich możliwości czym ostudzili zapał Kotwicy. W przeciwieństwie do miejscowych, Polpharma miała w swoich szeregach kilku zawodników, prezentujący równy poziom, dzięki czemu w końcówce bez trudu oddaliła od siebie zagrożenie. A skoro o tym, mowa to do wymienianych wcześniej nazwisk należy dopisać jeszcze jedno – Deonta Vaughn. Amerykanin z każdym kolejnym meczem prezentuje się coraz lepiej i w sobotni wieczór, również w znaczący sposób przyczynił się do cennej wygranej Polpharmy. W Kołobrzegu natomiast, powodów do radości nie mają, bo o ile niedawno można było odnieść wrażenie, że Kotwica wraca na właściwe tory, o tyle po tej konfrontacji miłych słów powiedzieć nie można.