Celtics nie dają szans Bulls
Z dużym zainteresowaniem czekaliśmy na starcie Bostonu z Chicago, bowiem obie ekipy w pojedynkach między sobą wspinały się o przynajmniej jeden poziom wyżej.
Tak było też i tm razem, z tą jednak różnicą, że na wyższy poziom weszli jedynie gracze Riversa. Poza zadyszką z początku drugiej kwarty, kiedy roztrwonili całą przewagę uzyskaną w pierwszej ćwiartce nie można im nic zarzucić.
Rajon Rondo grał koncertowo. 12 punktów, 19 asyst i 6 zbiórek mówią to same za niego. Garnett przeżywa drugą młodość, bo to w jaki sposób był wczoraj zmobilizowany ciężko opisać słowami. Niech powiedzą to liczby - 20 punktów, 17 zbiórek, 6 asyst - oto dorobek KG. Można śmiało postawić tezę, że jeśli nie traciłby energii na pyskówki, czy czynności mobilizujące siebie i kolegów z drużyny to jesgo statystyki byłyby jeszcze wyższe. Swoje zrobili też Pierce (18pkt) i Allen (14), a Shaq (12pkt,5zb) sprawiał wrażenie jakby grał w tej drużynie od conajmniej kilku sezonów.
Nie da się natomiast tego samego powiedzieć o nabytku Bulls. Carlos Boozer we wczorajszym meczu zanotował 12 punktów i 2 zbiórki. Wrócił co prawda dopiero po kontuzji ale jego dyspozycja jest pozostawiająca wiele do życzenia. Skrzydłowy Bulls nie jest zgrany z zespołem, co widać na pierwszy rzut oka. Zespół Thibodeau bazował w tym spotkaniu na umiejętnościach Derricka Rose i tego co zrobi w każdej niemal akcji. O ile Noah nieźle radził sobie w ataku (14 punktów, 10 zbiórek), to w obronie nie istniał. Temu zawodnikowi trzeba po prostu kilku kilogramów więcej, bo mierzący tyle samo (2.11) KG z łatwością przepychał go pod koszem, nie wspominając o Shaqu czy Davisie.
Bulls walkę podjęli w zasadzie tylko na początku drugiej kwarty, kiedy odrobili 14 punktową stratę. Doszli do remisu, trzymając wynik na styku do końca pierwszej połowy. W trzeciej kwarcie nastąpił jednak "odjazd" Celtów, który za sprawą fenomenalnych podań Rondo zwiększał dystans. Ostatecznie Celtics wygrali spotkanie 104:92.