Trefl ponownie zwycięski!

Dodano: 3 grudnia 2010 22:34
Trefl ponownie zwycięski!
Adam Popek, Informacja własna
MediaWiki

Na piątkowe spotkanie oba zespoły czekały ze zniecierpliwieniem.  Anwil, który przed tygodniem pewnie pokonał PBG Basket, liczył na powtórzenie sukcesu i umocnienie się na pozycji v-ce lidera. Sopocianie z kolei, mieli nadzieję na przełamanie, bowiem ostatnio ponieśli dwie dotkliwe porażki.

Jak się okazało, po ostatniej syrenie cieszyć mogli się tylko ci drudzy, którzy pokonali w Hali Mistrzów podopiecznych Igora Griszczuka 84:79. Do triumfu ekipę Trefla poprowadził niezawodny Filip Dylewicz, zdobywca 24 punktów.

Miejscowi kibice z pewnością nie spodziewali się, że ich faworyci już w pierwszych minutach oddadzą inicjatywę rywalowi. Przyjezdni, wykorzystując chaos panujący w szeregach Anwilu momentalnie przystąpili do ataku, co sprawiło, że szybko wypracowali sobie bezpieczną przewagę punktową. Oprócz kapitana zespołu, wiele pożytecznej pracy wykonywał także Slobodan Ljubotina, udanie walcząc pod obiema tablicami. Serb nieoczekiwanie stał się prawdziwą zaporą dla podkoszowych klubu z Kujaw, którzy mimo usilnych prób wyraźnie nie potrafili rozwinąć skrzydeł i zbyt często musieli uznawać  wyższość rywala w walce o górne piłki. Taka sytuacja może dziwić, zwłaszcza, że w ostatnim czasie zarówno Eric Hicks, jak i Nikola Jovanović byli czołowymi postaciami nie tylko swojego zespołu, ale i całej ligi. Tymczasem, zawodnicy Karlisa Muiznieksa nie zwalniali tempa i w końcówce kwarty ich przewaga wzrosła do 8 punktów, co stawiało ich w nieco bardziej komfortowej sytuacji przed kolejnymi starciami.

Włocławianie jednak, nie zamierzali się tak szybko poddawać. W drugiej „ćwiartce”, zdając sobie sprawę z tego, że przez ostatnie 10 minut pozwolili przeciwnikowi na zbyt wiele zaczęli grać zdecydowanie bardziej konsekwentnie w defensywie. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Goście, mając spore problemy nawet przy konstruowaniu akcji  nie byli już tak skuteczni. Sporo niecelnych rzutów, skutkowało najczęściej stratami piłki, co musiało zadziałać na korzyść Anwilu, który odrobił znaczną część strat. Po kilku chwilach z przewagi trójmiejskiego teamu właściwie nic nie pozostało. Bardzo odważnie na parkiecie poczynał sobie Chris Thomas. Amerykanin swoimi podaniami otwierał drogę do kosza partnerom i był prawdziwym motorem napędowym swojej drużyny. Mimo to, w końcowych minutach pierwszej połowy sopocianie zdołali się wyrwać z letargu i odpowiedzieli na dobrą grę gospodarzy kilkoma trafieniami z dalszych odległości. Dzięki temu zdołali oni zachować skromną, trzypunktową zaliczkę przed drugą połową, lecz nie ulegało wątpliwości, że aby myśleć o końcowym sukcesie, musieli dokładnie przeanalizować popełnione błędy.

Po zmianie stron, Trefl skupił się przede wszystkim na defensywie. Ucierpiało przez to nieco widowisko, bowiem skutecznych akcji z obu stron było jak na lekarstwo, ale prawdą jest, że podopieczni Igora Griszczuka mieli w związku z tym o wiele mniej swobody na połowie przeciwnika niż w poprzedniej odsłonie. Z dobrej strony w ekipie przyjezdnych pokazał się Adam Waczyński, kilkakrotnie przymierzając z półdystansu. Dodatkowo, kolejne punkty na swoim koncie zapisywał Dylewicz, dzięki czemu, to ich zespół wyszedł na minimalne prowadzenie. Przykładu z nich nie brał jednak Giedrius Gustas. Litwin, który był jak dotąd prawdziwą podporą czwartego zespołu poprzedniej edycji rozgrywek, tego wieczoru nie trafił ani jednego rzutu z gry, w związku z czym trudno było mieć wobec niego jakiekolwiek oczekiwania. Miejscowi natomiast, wiedząc, że w strefie trzech sekund rządzą na przemian Dylewicz z Ljubotiną, ciężar zdobywania punktów zrzucili na graczy obwodowych wśród, których prym wiódł D.J. Thomson. Ponadto, swoje umiejętności strzeleckie zaprezentował także Dardan Berisha i końcowy wynik nadal pozostawał sprawą otwartą, albowiem Trefl prowadził przed decydującą batalią różnicą zaledwie 5 „oczek”, co zapowiadało spore emocje do ostatnich sekund.

Zgodnie z przypuszczeniami, w ostatniej części gry na boisku rozgorzała bezpardonowa walka. Podopieczni Igora Griszczuka, widząc, że sytuacja wymyka im się spod kontroli, skoncentrowali się na zdobywaniu kolejnych punktów. Tyle, że nie przyniosło im to pożądanych korzyści, bo goście odpowiadali dokładnie tym samym. Po upływie kilku minut, można było odnieść wrażenie, że komplet punktów zaczął się oddalać od Anwilowców. Bardzo pewnie grający koszykarze z Trójmiasta osiągnęli prawie dziesięciopunktową przewagę, a Igor Griszczuk, nie potrafił zareagować na te wydarzenia. Zresztą taka sytuacja nie jest nowością. Niemalże identyczne sceny mogliśmy podziwiać w letnich El. ME. 2011, kiedy to Polska kadra pod wodzą Białorusina, przegrywała w podobnych okolicznościach. Ostatecznie, gospodarze zdołali jedynie zmniejszyć rozmiary porażki, co za pewne jest dla nich marnym pocieszeniem. Ta porażka oznacza pożegnanie, przynajmniej na jakiś czas z drugą pozycją w ligowej hierarchii i nie napawa optymizmem w kontekście dalszej rywalizacji. Zgoła odmienne nastroje zapanowały z kolei wśród zawodników Trefla, którzy przełamali złą serię i z podniesionymi głowami mogą wracać do domu.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp