Podsumowanie 8 kolejki TBL
Przed meczem w Starogardzie, zarówno Polpharma, jak i AZS za cel nadrzędny przyjęli zdobycie kompletu punktów. W związku z tym wielu spodziewało się wyrównanej walki na parkiecie do ostatnich sekund.
Tak się jednak nie stało, bowiem to gospodarze wykazali o wiele więcej determinacji w dążeniu do założonego celu i właściwie cały czas kontrolowali sytuację. Zresztą już sam początek meczu pokazał, kto tego wieczoru będzie górą. Kilka bardzo prostych, ale skutecznych akcji „Farmaceutów” pozwoliło im wypracować przewagę, której bronili do samego końca. Dzięki nadzwyczaj dobrze funkcjonującemu duetowi Hicks – Vaughn, koszalinianie zostali wręcz zneutralizowani. Ich jakiekolwiek próby nawiązania równorzędnej walki za każdym razem kończyły się fiaskiem. Jedynym, który w tym spotkaniu stanął na wysokości zadania był Damien Kinloch, ale jego punkty były kroplą w morzu potrzeb całego zespołu. Dodatkowo, na niekorzyść teamu prowadzonego przez Mariusza Karola przemawiał fakt, że popełniał on zbyt wiele błędów w obronie, czego konsekwencją były łatwe punkty zdobywane przez rywala. Zresztą podobna sytuacja się w obozie zdobywcy Pucharu Polski nie jest nowością. Już w poprzednich starciach widoczny był brak odpowiedniej koncentracji w defensywie, co nie mogło przełożyć się na korzystny wynik. Tym samym, AZS chyba na dobre zadomowił się w dolnej strefie tabeli i trudno przypuszczać, by w niedalekiej przyszłości udało mu się zażegnać widmo outsidera. W stolicy Kociewia natomiast, po tym zwycięstwie nie mają powodów do narzekań. Pod wodzą Zorana Sretenovicia, drużyna poczyniła zauważalny postęp i systematycznie pnie się w górę tabeli. Wobec tego, awans do fazy play off, o jakim marzą w klubie wcale nie jest już tylko pobożnym życzeniem, a założeniem możliwym do wykonania.
Na pocieszenie dla „Akademików” pozostaje to, że nie są oni jedynym zespołem w ekstraklasie, który ma na koncie zaledwie jedną wygraną. Wtóruje im, bowiem tarnobrzeska Siarka, która tym razem uległa Polonii Warszawa. Na Podkarpaciu z sobotnim spotkaniem wszyscy wiązali spore nadzieje. Liczono, że ich jedyny przedstawiciel wśród koszykarskiej elity w końcu się przełamie i odbije od ligowego dna. Niestety, podopieczni Zbigniewa Pyszniaka zawiedli i tym razem. Mimo dobrej formy Bartosza Krupy, tylko w jednej kwarcie byli równorzędnym przeciwnikiem dla warszawian i po raz kolejny musieli przełknąć gorycz porażki. Winić za to można wiele czynników, ale chyba najważniejszym z nich był brak wsparcia ze strony większej liczby koszykarzy. Dużo obiecywano sobie po występie Marka Miszczuka, który w ostatnich tygodniach był czołową postacią beniaminka TBL. Jednakże wychowanek Startu Lublin nie sprostał podkoszowym graczom Polonii i pożytek z jego gry był delikatnie mówiąc żaden. Ponadto, wiele do życzenia pozostawiła też postawa Amerykanów, którzy zawodzą coraz bardziej. Wszystko to sprawia, że Siarce trudno będzie myśleć o jakichkolwiek sukcesach, zwłaszcza, że trener, a zarazem prezes Pyszniak rozważa już obniżenie kontraktów. Takich problemów nie mają w stolicy. Skazywane przed sezonem na pożarcie Czarne Koszule radzą sobie bardzo dobrze, a wygrana w siarkowym mieście była dla nich czwartą w sezonie. Podobnie jak w przypadku poprzednich zwycięstw, główne role odegrali wysocy zawodnicy, wspierani przez żywiołowego Darnell’a Hinsona. Jeśli chodzi o pozostałe wyróżnienia, to trzeba odejść od reguły. Wszystko za sprawą nieoczekiwanego występu młodego Michała Kwiatkowskiego, który do tej pory nie pojawiał się na parkiecie na tak wiele minut. Mimo to, wychowanek klubu z Pruszkowa nie bał się podejmować ryzykownych decyzji w trudnych momentach i wykorzystał w stu procentach daną mu szansę. Zresztą trener Wojciech Kamiński od dawna jest znany z tego, że nie boi się stawiać na młodych adeptów dorosłego basketu. I chwała mu za to, bo niewielu na jego miejscu miałoby odwagę podejmować takie decyzje.
W ostatnim sobotnim meczu powody do radości wreszcie mieli kibice Anwilu, którzy w Poznaniu byli świadkami przekonującego zwycięstwa swojej drużyny nad przeciwnikiem z czołówki tabeli. Włocławianie, sprawili w ten sposób miły prezent dla Erica Hicks’a, który w tym dniu obchodził urodziny. Początek spotkania jednak, nie zapowiadał takiego rozstrzygnięcia. Przez pierwsze 10 minut toczyła się walka punkt za punkt i trudno było wskazać, która ze stron ma przewagę. Dopiero druga „ćwiartka” dobitnie pokazała, jak bardzo zdeterminowani do osiągnięcia założonego celu, jakim było zdobycie kompletu punktów są przyjezdni. Dzięki świetnej grze Hicksa, któremu wtórował D.J. Thompson, podopieczni Igora Griszczuka wypracowali sobie sporą przewagę punktową, której nie oddali już do samego końca. Taka postawa jest poniekąd nowością, bowiem do tej pory v-ce mistrzowie Polski nie prezentowali się olśniewająco i mieli spore problemy z osiąganiem tak korzystnych rezultatów. Zresztą nawet Tomasz Celej stwierdził po meczu, że były to pierwsze tak dobre zawody w wykonaniu całego zespołu odkąd dołączył do klubu z Kujaw. Dzięki temu, Anwil chyba na dłużej zadomowił się w pierwszej „czwórce” ekstraklasowej hierarchii, co pozwala mu z optymizmem patrzeć w przyszłość. Takiego komfortu nie mają za to w stolicy Wielkopolski. Dla PBG Basketu była to już trzecia porażka z rzędu, w związku z czym trudno brać na poważnie ich deklaracje o ligowym podium. Zresztą nawet opiekun zespołu, Milija Bogicević ma problem ze wskazaniem przyczyny słabych występów swoich podopiecznych. Nie ulega, bowiem wątpliwości, że personalnie Basket wcale nie odbiega ligowym potentatom. Kłopoty pojawiają się, gdy trzeba swoją wyższość pokazać na parkiecie. Tam, w dalszym ciągu nie zawodzi Eddie Miller, lecz próżno szukać jego naśladowców. Jeśli nic nie ulegnie zmianie, wątpliwe, by ten sezon był zgodnie z zapowiedziami przełomowy dla ambitnych poznaniaków.
Niedziela z kolei upłynęła pod znakiem ligowych szlagierów, na które publiczność zawsze czeka z utęsknieniem. Pierwszy z nich, rozegrany został w Zielonej Górze, gdzie miejscowy Zastal podejmował PGE Turów Zgorzelec. Choć gospodarze mieli wielkie apetyty na zwycięstwo i zrehabilitowanie się za ostatnie niepowodzenia, to po raz kolejny musieli przełknąć gorycz porażki. Tym razem jednak, przegrana boli o tyle bardziej, że zawód przeżyła też pięciotysięczna publiczność, która nawiasem mówiąc, już chyba zdążyła przyzwyczaić się do sukcesów i liczyła na korzystny rezultat w derbowym starciu. Lecz takie przypadki są wkalkulowane w sport i ekipie z Winnego Grodu pozostaje zakasać rękawy i w kolejnych meczach udowodnić swoją wyższość. Przechodząc do kwestii czysto sportowych, trzeba przyznać, że zielonogórzanom w tym pojedynku zabrakło po prostu umiejętności. Skutecznie wyłączeni z gry Walter Hodge i Chris Burgess nie byli w stanie przeciwstawić się naporowi przeciwnika, a jedynym, który starał się ciągnąć grę był Żarko Comagić. To jednak, okazało się zbyt mało na podopiecznych Jacka Winnickiego, którzy dzięki dobrej defensywie cały czas utrzymywali skromną przewagę. Zresztą zgorzelczanie zaprezentowali się w tej formacji jak za dawnych lat, co momentalnie przyniosło wymierne korzyści. W ataku z kolei, mogli liczyć na świetnie dysponowanego Davida Jacksona. Amerykanin tego wieczoru z reguły nie mylił się i był prawdziwą ostoją swojej drużyny. Niewiele gorszy od niego Marko Brkić także potwierdził wysokie umiejętności, zapisując na swoim koncie 17 „oczek”. Dzięki temu zwycięstwu, Turów przesunął się nieco w górę tabeli, choć do ideału i tak wiele mu brakuje. Pocieszające jest jednak to, że w końcu potrafił pokonać wyżej notowanego przeciwnika, dając tym samym nadzieję na bardziej świetlaną przyszłość.
Ostatni z prestiżowych pojedynków nie przyniósł zaskakującego rozstrzygnięcia. W wypełnionej ERGO Arenie, Czarni Słupsk pewnie pokonali miejscowego Trefla, oddalając się tym samym grupie pościgowej. Podopieczni Dainiusa Adomaitisa przez pełne 40 minut kontrolowali boiskowe wydarzenia i nie pozwalali sopocianom na zbyt wiele. W dużej mierze było to zasługą Camerona Bennermana, który tego wieczoru wcielił się w rolę prawdziwego egzekutora i razem z Mantasem Cesnauskisem poprowadził swój zespół do ósmej wygranej z rzędu. Zresztą słupszczanie już w pierwszych minutach swoją postawą potwierdzili, że nie przypadkowo przodują w ekstraklasowej hierarchii. Dzięki mądrej i konsekwentnej grze wypracowali sobie skromną przewagę, której nie oddali już do samego końca. Trefl natomiast, do pewnego momentu trzymał się dzielnie i jeszcze przed przerwą wydawało się, że ma szansę na korzystny wynik. Potem jednak, trójmiejscy zawodnicy nie potrafili zatrzymać rozpędzonego lidera i kolejny raz w tym sezonie, muszą zadowolić się jednym punktem. Na pocieszenie pozostaje im fakt, że nie pozostawili po sobie złego wrażenia i wobec kolejnych ligowych potyczek mogą śmiało stawiać się w roli faworytów. Czy uda im się powrócić na ścieżkę zwycięzców? Czas pokaże, wobec czego pozostaje mieć tylko nadzieję, że będziemy świadkami jeszcze nie jednego tak dobrego spektaklu w wykonaniu podopiecznych Karlisa Muiznieksa.