Powrót LeBron do Cleveland, czyli FBI na trybunach
Już drugiego grudnia wielki powrót LeBrona Jamesa do Cleveland. Chociaż słowo wielki chyba nie jest tu do końca na miejscu, bo spotka się z dezaprobatą tak potężną, jak średniowieczni wodzowie wracający do swojego kraju na tarczy.
Władze nie tylko klubu Cleveland Cavaliers, ale całego miasta, są już postawione w stan najwyższej gotowości.
Nic dziwnego - wściekłość, gniew i nienawiść, jaką wzbudziła legendarna już "Decyzja" LeBrona Jamesa wśród mieszkańców zakochanego w nim bezgranicznie niewielkiego (jak na amerykańskie warunki) miasteczka leżącego w północno-wschodnim Ohio jest zjawiskiem, którym bez wątpienia mogą zająć się socjologowie, a nie eksperci od koszykówki.
Jest to efektem chyba największej potwarzy, jaka miała miejsce w historii zawodowego sportu w Stanach Zjednoczonych. W tzw. "prime time", czyli czasie największej oglądalności, w ogólnokrajowej telewizji, na oczach milionów telewidzów LeBron James zakpił z klubu, który zrobił dla niego wszystko przez ostatnie 7 lat. Może nie takie były jego intencje, ale drugiego grudnia przyjdzie mu zapłacić za to cenę tak czy inaczej.
Nie wiem jak Wy, ale ja już słyszę te buczenie, czuję tę atmosferę przy inicjującym mecz tip-off i już słyszę ten aplauz, kiedy LeBron wyrzuci pierwszą piłkę w trybuny i ją straci. To co przeżywał Vince Carter po powrocie do Toronto będzie niczym niedzielne wyjście na lody z najbliższą rodziną.
Zjawisko niechęci do "Króla Jamesa" jest na tyle niepokojące, że władze miasta i policja nie mogły tego zlekceważyć. Kto wie, co może strzelić do głowy jakiemuś szalonemu, zaślepionego nienawiścią kibicowi?
Tym samym Cavs podejmą wszelkie możliwe środki ostrożności, by ustrzec się od ewentualnych incydentów. Wzmocniona będzie ochrona na hali. Pomocne będą też wykrywacze metalu przy wejściu. Nie można wnosić niczego związanego z nienawiścią do LeBrona. Do tego na trybunach porządku będą pilnować...agenci rządowi. Brzmi jak obstawa dla jakiegoś kontrowersyjnego więźnia politycznego albo wroga publicznego numer jeden, a nie bohatera masowej wyobraźni, jakim jest LeBron.
Zastanawiam się nad jednym - czy aby na pewno ta informacja nie ma na celu nakręcenia atmosfery wokół tego meczu i podniesienia wskaźników oglądalności. Specjaliści od marketingu w NBA pewnie zacierają ręce, tak samo jak stacja TNT, która będzie transmitowała to spotkanie. W każdym razie obecność przed ekranami telewizorów i komputerów obowiązkowa!
„Nie będzie to coś strasznego… Nie będziemy Gestapo, jednak na pewno nie chcielibyście być wtedy w The Q ze swoimi dziećmi” – komentuje właściciel klubu z Cleveland, Dan Gilbert. Do Cleveland przybędzie też klubowa legenda Cavs - Zydrunas Ilgauskas, który dopiero na sam koniec kariery, którą w pełni poświęcił Cavaliers postanowił przenieść się w poszukiwaniu szansy an upragnione mistrzostwo NBA. Big Z miał jednak, jako profesjonalista potrafił się zachować i w specjalnym liście podziękował kibicom za wspólnie spędzone lata, przeprosił za to, że nie udało mu się wywalczyć mistrzostwa dla ukochanej organizacji i poprosił o wsparcie i wyrozumiałoś. Za takie zachowanie na pewno zostanie przywitany owacjami na stojącą. W przeciwieństwie do LBJ’a, który może przeżyć koszmar swojego życia. P.S. Pamiętacie reklamę LeBrona pt. "Rise”, w której tłumaczył się ze swojej decyzji? W Internecie „karierę” robi właśnie filmik łączący dwie reklamy. "Rise” Jamesa i dawną reklamę marki Jordana, w której słowa użyte przez Michaela są niejako odpowiedzią na spot gwiazdy heat. Filmik wrzucam poniżej: