Stackhouse nie czuje urazy do Miami

Dodano: 25 listopada 2010 22:26
Stackhouse nie czuje urazy do Miami
Bartłomiej Berbeć, Informacja własna
Obraz własny

W dzisiejszym świecie, a zwłaszcza w kochającej zwycięstwa lidze NBA istnieje pewna dość zabawna zależność. Im gorzej faworyt gra, tym więcej można o nim przeczytać. Poważnie - 3/4 nagłówków traktuje mniej lub bardziej bezpośrednio o Miami Heat. Czemu nie słyszymy tyle o Spurs czy choćby Hornets?

W hołdzie dla wspaniałej kariery tego gracza warto jednak przytoczyć jego historię, bo wśród wszystkich koszykarzy z klubu Pata Riley to właśnie on miał największe nadzieje na Mistrzostwo NBA w tym roku.

Miał być jednym z tzw. "ring chasers", czyli graczy uganiających się za pierścieniem najbardziej ze wszystkich w szatni. W ich przypadku czynnik motywujący jest zawsze ten sam - tykający zegar. Wspaniała kariera Jerry'ego zbliża się ku końcowi, a on wciąż nie zdobył upragnionego pierścienia. Spróbował więc swoich sił w Miami. Miał być mentorem, miał tworzyć "vet core" drużyny, czyli "jądro stworzone przez weterana", miał trafić wielką trójkę w końcówce meczu finałowego. Pora o tym zapomnieć.

Jerry został zwolniony po kontuzji Udonisa Haslema. W klubie uznano, że bardziej przyda się ktoś wartościowy pod koszem po tej stracie i aby zwolnić miejsce dla świeżo zakontraktowanego Erica Dampiera. Trzeba było więc kogoś zwolnić i wybór padł właśnie na Stackhouse'a.

"Biznes to biznes. Nie czuję do nich żalu. Jestem wdzięczny Patowi Riley i całej organizacji Miami Heat za danie mi okazji do bycia w formie na poziomie NBA i możliwości skorzystania z innej szansy, jeżeli się przydarzy" - cały "Stack". Wielka klasa.

Mimo wszystko ta decyzja może nieco zaskakiwać, patrząc na tych którzy zostali w klubie. Czy naprawdę Dexter Pittman może przydać się bardziej od Stackhouse'a? Czas pokaże...

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp