Podsumowanie 7 kolejki TBL

Dodano: 21 listopada 2010 21:49
Podsumowanie 7 kolejki TBL
Adam Popek, Informacja własna
MediaWiki

Siódma edycja gier Tauron Basket Ligi przebiegła zgodnie z oczekiwaniami, choć nie zabrakło też sensacyjnych rozstrzygnięć.

Bohaterami całej kolejki bez wątpienia należy uznać koszykarzy Polonii Warszawa, którzy dokonali nie lada wyczynu, pokonując na własnym parkiecie Zastal. Goryczy porażki nie zanotował natomiast Energa Czarni, dla których zwycięstwo z PBG Basketem Poznań oznaczało utrzymanie pozycji lidera.

Cała rywalizacja rozpoczęła się jeszcze w piątek. Wtedy to, kibice w Zgorzelcu, jak i przed telewizorami byli świadkami niezwykle wyrównanego pojedynku pomiędzy miejscowym PGE Turowem, a Polpharmą. Starogardzianie, choć mieli wielkie apetyty na kolejną wygraną musieli obejść się smakiem. Nie jest to właściwie ich winą, bowiem przez pełne 40 minut nie odstawali od wyżej notowanego rywala i należycie wykonywali założenia taktyczne. Problem polegał, jednak na tym, że tego wieczoru świetnie dysponowany był Ivan Koljević. Zawodnik rodem z Czarnogóry w najważniejszych momentach nie wahał się i celnymi rzutami wyprowadzał swój zespół na prowadzenie. Oczywiście wśród podopiecznych Jacka Winnickiego byli też inni, którzy swoją postawą przyczynili się do zdobycia kompletu punktów, ale to zdecydowanie Koljević był numerem jeden. Od Turowa właśnie tego wymagano – osiągnięcia wyniku. Po realizacji celu, w klubie mogą spokojnie rozpocząć przygotowania do kolejnego pojedynku. A Polpharma? Niedosyt pozostał, bo mimo wszystko zawodnicy Zorana Sretenovicia grali naprawdę dobrze i na wygraną zasłużyli w takim samym stopniu jak rywal. Ale taki właśnie jest sport…

Przełamanie nastąpiło także we Włocławku. Anwil, który ostatnie dwa mecze przegrał musiał uczynić wszystko, by pokonać przed własną publicznością tarnobrzeską Siarkę. Czy faktycznie zagrał na maximum swoich możliwości? Raczej nie, ale to co zaprezentował, wystarczyło do pewnego pokonania beniaminka. W zapowiedzi na łamach naszego portalu wspominaliśmy, że największe zagrożenie dla podkarpackiego zespołu będzie stanowił powracający do wysokiej formy Nikola Jovanović. Zgodnie z przypuszczeniami tak też się stało. Serb był wręcz nie do zatrzymania i punktował zarówno ze strefy podkoszowej, jak i z dalszych odległości. Drugiego, tak dobrze funkcjonującego na parkiecie próżno było szukać. Niemniej, komplet punktów pozostał na Kujawach i domyślam się, że wobec niedawnych porażek, styl w jakim podopieczni Igora Griszczuka odnieśli to zwycięstwo schodzi na drugi plan. A co można powiedzieć o Siarce? Zagrała tak, jak do tego przyzwyczaiła, czyli przegrała. Ten sam scenariusz powtarza się, bowiem od 2 kolejki tego sezonu i wątpliwe, by coś uległo zmianie w tej kwestii. Po raz kolejny, wśród zawodników Zbigniewa Pyszniaka, przyzwoicie zagrały tylko jednostki. Należał do nich, notabene były gracz Anwilu, Marek Miszczuk. Wychowanek Startu Lublin, zdobył 18 punktów, co było najlepszym wynikiem spośród wszystkich graczy Siarki. Trzeba jednak przyznać, że skutecznością przy tym nie grzeszył. Pozostali, jeśli zasługują na wyróżnienie to tylko negatywne, ale żeby nie dołować tarnobrzeżan, nie będę rozwijał tego wątku. W siarkowym mieście mają i tak sporo zmartwień.

Inną drużyną, która nie sprostała oczekiwaniom okazał się Zastal. We wspomnianym przeze mnie na początku meczu w Warszawie, zielonogórzanie ewidentnie odstawali od ambitnych koszykarzy Polonii, w konsekwencji czego doznali przykrej porażki. Nie da się przy tym ukryć, że podopieczni Tomasza Herkta, trochę zlekceważyli przeciwnika, o czym sam trener wspominał na pomeczowej konferencji. Ponadto, słabiej niż zwykle zagrał Walter Hodge, który jest jednym z najważniejszych ogniw całej układanki. Wobec tego, osamotnionym liderem pozostał Chris Burgess, jednak z racji braku odpowiedniego wsparcia, nie mógł wiele zdziałać. Ten wynik z pewnością nadszarpną troszkę nieskazitelnym jak dotąd wizerunkiem beniaminka i teraz przed nim trudne zadanie. Mianowicie, musi pokazać, że umie też podnosić się po porażkach i ponownie wejść na ścieżkę zwycięstw. Ta sztuka udała im się już po przegranej z Energą Czarnymi, więc lubuscy kibice z pewnością liczą na powtórkę. Natomiast pod adresem drużyny, prowadzonej przez Wojciecha Kamińskiego kieruje szczere gratulacje i wielkie słowa uznania. Już wielu było takich, którzy chcieli pokonać Zastal, ale to warszawianom się udało. Dzięki przemyślanej i zespołowej grze dokonali wręcz niemożliwego. Zresztą na poparcie tego drugiego aspektu, warto przytoczyć, że zanotowali oni w całym meczu aż 18 asyst przy zaledwie 10 przeciwnika. Efektem tego, było przekroczenie bariery 10 punktów przez siedmiu zawodników, co nie zdarza się często. Dodatkowo, dużą pracę w całym spotkaniu wykonali też wysocy gracze. Harding Nana i Tony Easley, bo o nich mowa, korzystając ze swej szybkości i warunków wzrostowych niemalże ośmieszali przeciwnika i dominowali w polu trzech sekund. Wszystko to sprawiło, że Polonia, z klubu niedocenianego, stała się postrachem ligi, bo nigdy nie wiadomo, kiedy eksploduje z formą.

Emocjonujący pojedynek miał miejsce także w Słupsku. Energa Czarni, choć w pierwszych momentach spotkania odstawali od swojego rywala, to ostatecznie pokonali PBG Basket Poznań i zachowali miano niepokonanej drużyny. Po raz kolejny dała o sobie znać szeroka kadra jaką dysponuje trener Dainius Adomaitis oraz… Zbigniew Białek. Ten pierwszy czynnik, w dużej mierze pomógł w trakcie walki „na wyniszczenie” i w momencie, gdy przyjezdni nie mieli już żadnych atutów, słupszczanie zadali ostateczny cios. Jeśli chodzi o Białka natomiast, należy się chwilkę zatrzymać. Wychowanek MOSM Tychy zdobył w tym meczu 21 jeden punktów i niejednokrotnie ratował swój team z opresji. Tym samym potwierdza się zasada, o której wspominał trener Adomaitis. Według niego, nie ma sensu na siłę zatrudniać obcokrajowców, bo żeby takowy grał, musi być dwa razy lepszy od Polaka. Słuszne stwierdzenie, które jak widać przynosi efekty. A Zbigniew, otrzymując szansę gry odpłaca się w najlepszy możliwy sposób. Zastanawiać się można też, ile jeszcze będzie trwać hegemonia „Czarnych Panter”. Na razie na detronizację ósmej drużyny poprzedniego sezonu nie zanosi się. Ich sobotni rywal ma tak dobrej pozycji. Co więcej, dla poznaniaków była to już trzecia porażka w tym sezonie i trudno powiedzieć tak naprawdę, jakie jest ich prawdziwe oblicze. Wielokrotnie dzieje się, bowiem tak, że Basket przeplata dobre fragmenty złymi, co na tym poziomie nie powinno mieć miejsca. W pojedynku z Czarnymi najlepsi byli Jeremy Fears i Eddie Miller, ale reszta już zawiodła. W związku z tym, jaki cel mogą osiągnąć w tej edycji TBL podopieczni Miliji Bogicevicia? Na pewno awans do play off, ale czy coś wiecej?

W ostatnim sobotnim starciu lepsza okazała się Kotwica Kołobrzeg, która pokonała na wyjeździe AZS Koszalin. Po raz kolejny głównym aktorem całego widowiska okazał się Ted Scott. Amerykanin tym razem zdobył 33 punkty, choć podobnie jak w meczu z PGE Turowem, rozpoczął na ławce rezerwowych. Wydawało się, że ten manewr trenera Dariusza Szczubiała nie powinien zaskoczyć „Akademików”. Stało się jednak, inaczej. Gospodarze wobec jego popisów byli po prostu bezradni. Na nic zdały się też starania Winsome’a Fraziera i George Reese’a, którzy próbowali podjąć walkę z „Czarodziejami z Wydm”. Mimo to, jeszcze przed ostatnią kwartą, wydawało się, że miejscowi mają szansę na osiągnięcie korzystnego rezultatu, ale jak się okazało, nie skorzystali z niej. W związku z tym, zespół prowadzony przez Mariusza Karola znalazł się na samym dnie ligowej tabeli, co z pewnością nie jest szczytem marzeń koszalińskiego klubu. Takie zmartwienia opuściły, przynajmniej na jakiś czas, ekipę Kotwicy. Dzięki drugiej wygranej z rzędu, kołobrzeżanie przesunęli się na 6 miejsce w ekstraklasowej hierarchii i można powiedzieć, że ich forma zwyżkuje. Poza tym, wreszcie nie tylko sam Scott przesądził o wygranej. Mam na myśli, bardzo dobry występ Bartosza Sarzało, który celnymi rzutami z dystansu, wielokrotnie wyprowadzał swoją drużynę z opresji. Dzięki temu, zrodziła się nadzieja, że w najbliższej przyszłości, postawa Kotwicy nie będzie uzależniona tylko od Scott’a. A takiej alternatywy, Dariusz Szczubiał z całą pewnością potrzebuje.

W niedzielę miało miejsce wydarzenie, którym całe Trójmiasto żyło przez ostatnich kilka dni. Derby pomiędzy Treflem Sopot i Asseco Prokomem Gdynia przyciągnęły do Ergo Areny ponad 10 tys widzów i zgodnie z oczekiwaniami nie rozczarowały. Oba zespoły do tego starcia podeszły niezwykle ambicjonalnie. Sprawiło to, że przez pierwsze 20 minut wynik cały czas oscylował wokół remisu. W szeregach gdynian od początku ciężar zdobywania punktów wzięli na siebie Bobby Brown i J.R. Giddens. Ze strony gospodarzy, przeciwwagę stanowili dla nich Marcin Stefański i Giedrius Gustas, choć trzeba przyznać, że Trefl dobrze funkcjonował przede wszystkim jako zespół. Dzięki temu, po zmianie stron ich zryw przyniósł efekt w postaci kilkupunktowej przewagi, która stawiała ich przed ostatnią kwartą w roli faworytów. Jednak podopieczni Tomasa Pacesasa, za wszelką cenę starali się doprowadzić do wyrównania. Udało im się to na kilkadziesiąt sekund przed końcową syreną, kiedy to emocje sięgały zenitu. Trefl, miał co prawda niepowtarzalną okazję do tego, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę za sprawą Lorinzy Harringtona, ale Amerykanin chyba sam przestraszył się szansy, jaką mu zgotował los i chybił w decydującym momencie. Stało się wtedy jasne, że do wyłonienia zwycięzcy potrzebna będzie dogrywka. A w niej, prawdziwą klasę zademonstrowali goście, którzy zdobyli 10 punktów, nie pozwalając przy tym rzucić rywalowi choćby punktu! Pokazuje to tylko ogromny potencjał, jaki drzemie w ekipie Mistrza Polski. Po wielu porażkach zarówno w lidze jak i w pucharach, być może taki bodziec okaże się przełomowy i pozwoli im wreszcie wejść na właściwe tory. Dla podopiecznych Karlisa Muiznieksa natomiast, ta przegrana jest z pewnością ciosem, bowiem od pełni szczęścia dzieliło ich tak niewiele. Mimo to, nie powinni zwieszać głów, bo współtworzyli wspaniałe widowisko i w kolejnych meczach, jeśli utrzymają taki poziom, o komplet punktów mogą być spokojni.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp