Michael Beasley - how you like me now?

Dodano: 20 listopada 2010 22:10
Michael Beasley - how you like me now?
Bartłomiej Berbeć, Informacja własna, zdjęcie: nba.com
WikiMedia

Jeszcze rok temu patrzyliśmy na Micheala Beasley'a jak na rozkapryszonego gwiazdora, wybranego wysoko w Drafcie, mającego wygórowane ambicje, które nie znajdują potwierdzenia w postawie na parkiecie. Eksperci zauważali to od początku, ale organizacja Miami Heat była cierpliwa i wierzyła w swojego skrzydłowego.

Miarka przebrała się jednak tego lata i "Be Easy'ego" pozbyto się czym prędzej z nadzieją, że bez niego stworzenie dynastii wokół "Wielkiej Trójki" będzie łatwiejsze. Teraz Mike stara się zrobić wszystko, by przykonać Pata Riley i wszystkich innych, że byli w ogromnym błędzie.

Przeprowadzka z gorącego Miami do lodowatego Minneapolis jest dla Beasley'a niczym metamorfoza. Zmienił się nie do poznania. Z zawodnika, który nie do końca potrafił się odnaleźć w taktyce Miami Heat, a nawet często grał z ławki rezerwowych jest teraz czołowym strzelcem "Leśnych Wilków", ale co ważniejsze również mentalnym liderem tego zespołu. Zaciska pięści po udanych zagraniach, mobilizuje kolegów. Przeciwko Los Angeles Clippers trafił już nawet game-winnera sygnalizując całej NBA - dojrzałem do bycia tym, za kogo mnie uważali. Czyli po prostu świetnym w ofensywie koszykarzem. Kiedy Derrick Rose, jedyny wyżej ceniony od Beasley'a w Drafcie 2008 zawodnik, w Play-Offach 2009 był boiskowym liderem Chicago Bulls, bijąc rekordy popularności i przyczyniając się do jednej z najbardziej zaciętych serii Play-Offs w historii ligi przeciwko jeszcze aktualnym Mistrzom NBA z Boston Celtics, Beasley błąkał się gdzieś wśród rezerwowych i notował słabe średnie. Potem przyszło lato, kiedy na jaw wyszły problemy psychologiczne Beasley'a. Po opublikowaniu na Twitterze konrowersyjnego zdjęcia, Pat Riley zmusił swojego gracza do udania się do kliniki odwykowej w Houston. Za kulisami mówiono, że Beasley był wtedy bliski wyrzucenia z Miami.  Mentalne ustabilizowanie się również było kluczem dla zyskania przez niego statusu nowej gwiazdy NBA. Przeprowadzka z rozrywkowej Florydy do prowincjonalnej Minnesoty również wymagała od niego sporej dojrzałości. To ogromna zmiana, która budzi przerażenie każdego przeciętnego obserwatora. Bo któż chciałby zamienić high-life i imprezy na South Beach na miejsce nazywane "koszykarską Syberią"? Paradoksalnie, wbrew wszystkiemu i wszystkim, Michael Beasley zacisnął zęby odżył i obecnie wraz z Kevinem Love są liderami młodego, perspektywicznego zespołu Minnesota Timberwolves. Taktyka trójkątów Rambisa leży widocznie Beasley'owi lepiej niż system Spoelstry. Klucz do analizy przemiany Mike'a leży jednak w statystykach. Obecnie notuje on 22,2 punktu na mecz. W ubiegłym sezonie rzucał tylko 14,8 "oczka" na mecz, a grał jedynie 2 minuty mniej, niż dotychczasz. Skąd więc ta odmiana? Ano stąd, że Beasley zaczął grać na dalekim półdystansie i dystansie. Inklinacje do takiej gry - rzucania z obwodu - zdradzał już w college'u, ale w Miami nie chciano tego wykorzystywać. Stąd też ogromne dysporpocje w statystykach - Beasley oddaje teraz 6,2 rzutu z odległości 16-23 stóp (daleki półdystans) na skuteczności 55%. W Miami rzucał 4,6 razu na mecz z tego obszaru, trafiając tylko 39%. W barwach Heat aż 65% z nich było asystowane, podczas gdy teraz jest to tylko 46,3% - w T-Wolves dostał pole do popisu i może kreować grę sam dla siebie. Drużyna jest ustawiona pod niego, a przecież w Heat na obwodzie dzielił i rządził Dwyane Wade.  Jednocześnie Beasley trochę mniej akcji kończy spod samego kosza, a dwukrotnie wzrosła ilość prób z odległości 10-15 stóp (ok. 3-4 m od kosza). Tutaj również skuteczność jest nieco lepsza. Jak więc wyraźnie widać, nowa rola w drużynie sprawiła, że z niczym nie wyróżniającego się rezerwowego Beasley stał się czternastym strzelcem NBA. Kreowanie sobie pozycji z dalszej odległości przez drybling i kozłowanie, nazywanych w USA akcjami "off the dribble", jest czymś, w czym "Beastley" czuje się jak ryba w wodzie.  Jak dalej potoczy się jego kariera? Trudno powiedzieć, póki co wykorzystuje maksymalnie swój potencjał. Na ile naprawdę go stać? Czy Wolves mogą być drugimi Oklahoma City Thunder? Oglądajmy "Leśne Wilki" i bacznie przypatrujmy się zawodnikowi z numerem osiem.
Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp