Podsumowanie VI kolejki TBL!
Któż by się spodziewał, że do wyłonienia zwycięzcy w Tarnobrzegu potrzebna będzie dogrywka. A jednak! Niezwykle zmotywowani na mecz z Energą Czarnymi Słupsk gospodarze, przez 40 minut skutecznie odpierali ataki niepokonanej jak dotąd drużyny i sensacja wisiała na włosku. Co więcej, to słupszczanie musieli gonić wynik i gdyby nie Mantas Cesnauskis, tarnobrzeżanie prawdopodobnie utrzymaliby skromną przewagę. A tak, w dodatkowym czasie gry, podopieczni Dainiusa Adomaitisa, wiedząc, że sytuacja wymknęła im się spod kontroli, wspięli się na wyżyny swoich umiejętności i w ciągu pięciu minut pozwolili Siarce zdobyć zaledwie 4 punkty.
Sami dołożyli w tym czasie 12 „oczek” i odnieśli tym samym szóste zwycięstwo z rzędu. Mimo to, pochwały należą się obu ekipom, bo beniaminek, który z każdym kolejnym meczem walczy o przetrwanie, przez całe spotkanie dzielnie przeciwstawiał się liderowi i pokazał się z naprawdę dobrej strony. Po raz kolejny, najlepszym wśród Polaków grających w podkarpackim klubie okazał się Daniel Wall, zdobywca 14 punktów. Wyraźnie lepszy był od niego tylko Stanley Pringle, który wyrasta na lidera zespołu. Zawiódł natomiast Kevin Goffney. Amerykański skrzydłowy był tego wieczoru rażąco nieskuteczny, czym rozsierdził trenera Zbigniewa Pyszniaka. W ekipie ze Słupska, oprócz wspomnianego Cesnauskisa, wiele pożytecznej pracy wykonał także Jerel Blassingame. Filigranowy rozgrywający nie tylko punktował, ale też swoimi podaniami otwierał drogę do kosza partnerom, co działało tylko na korzyść drużyny. Jeśli utrzyma taką formę do końca sezonu, to będzie z pewnością w czołówce, jeśli chodzi o ranking najlepszych graczy. Nie ulega jednak wątpliwości, że „Czarne Pantery” muszą uważnie przeanalizować wszystkie popełnione błędy, bo w przyszłości mogą nie mieć tyle szczęścia, a pozycja lidera do czegoś zobowiązuje.
Drugi w ligowej hierarchii, Zastal Zielona Góra pokonał na własnym parkiecie Anwil Włocławek i wraca na właściwe tory. Po porażce w Słupsku, wielu zastanawiało się, czy zielonogórzanie będą w stanie uwierzyć we własne umiejętności i ponownie wejść na ścieżkę zwycięzców. Obawy zostały rozwiane głównie w trzeciej kwarcie, kiedy to podopieczni Tomasza Herkta włączyli piąty bieg i zdystansowali włocławian na kilkanaście punktów. Kto najbardziej przyczynił się do zdobycia kompletu punktów? W tej kwestii nic odkrywczego nie da się powiedzieć, bo po raz kolejny w tym sezonie świetne zawody rozegrał duet Walter Hodge – Chris Burgess. Obaj zdobyli razem 48 punktów, a ich dwójkowe akcje były z najwyższej półki. Hodge, jak przystało na rozgrywającego z Portoryko, nie tylko potrafił celnie rzucać, ale też podaniami uruchamiał w ofensywie swoich partnerów i niczym Blessingame w Enerdze Czarnych, był prawdziwym mózgiem swojego zespołu. Burgess z kolei, królował w polu trzech sekund i zdobywał punkty z najbliższych odległości. Wydawać by się mogło, że tylko oni decydują o obliczu Zastalu, jednak należy zauważyć, że pozostali, choć nie przekroczyli nawet bariery 10 punktów, również wykonali sporo pracy i bez nich, sukces nie byłby możliwy. Tyle dobrego nie można powiedzieć natomiast o Anwilu, dla którego była to już druga porażka z rzędu. Podopieczni Igora Griszczuka znów zagrali zbyt bojaźliwie i pozwolili rywalowi na ucieczkę, która, jak się później okazało, zadecydowała o losach spotkania. Nie pomógł nawet Tomasz Celej, który w swoim pierwszym meczu przebywał na parkiecie 13 minut. Jedynym, który poziomem próbował dorównać koszykarzom z Winnego Grodu był Eric Hicks, ale jego koledzy nie brali z niego przykładu. Te wydarzenia sprawiły, że włocławianie oddalili się nieco od czołówki i jak najszybciej muszą coś zmienić w swojej grze, bo wątpliwym jest, by dalsze porażki były w klubie tolerowane.
Dogrywka potrzebna była też w Kołobrzegu, gdzie miejscowa Kotwica podejmowała PGE Turów Zgorzelec. Zdecydowanym faworytem wydawał się być zespół prowadzony przez Jacka Winnickiego, który dysponuje bardziej zbilansowaną kadrą i wedle zapewnień, walczy o czołowe lokaty w lidze. Ich plany zweryfikowało jednak boisko, a raczej Ted Scott, który po dwóch słabych występach zrehabilitował się z nawiązką i poprowadził swój team do drugiej wygranej w sezonie. Amerykanin zdobył aż 37 punktów, czym wprawił w zachwyt nie tylko publiczność, ale i wszystkich koszykarskich ekspertów. Z dobrej strony zaprezentowali się także Fisher i Harris, lecz im daleko było do wyczynu Scotta. Pozostali tradycyjnie wykonywali czarną robotę i pracowali na to, by w ofensywie mogła się wykazać wspomniana trójka. Zresztą taki podział ról nie powinien dziwić, bowiem zespoły prowadzone przez Dariusza Szczubiała już od dłuższego czasu preferują właśnie taki styl. Po trzech kwartach jednak, trudno było przypuszczać, że Turów wypuści komplet punktów z ręki. To Zgorzelczanie, przez większość meczu byli lepszą ekipą i choć nie zdołali wypracować znaczącej przewagi, to wydawało się, że doświadczenie pozwoli im wyjść zwycięsko z tej konfrontacji. Tradycyjnie, można by rzec, pierwsze skrzypce w ekipie z granicznego miasta grali Torey Thomas i Marko Brkić. Ponadto, trochę lepiej niż dotychczas poczynał sobie Michael Kuebler. Mimo to, w decydujących momentach, podopieczni Jacka Winnickiego pozwolili się rozszaleć Scottowi i jego kompanom, a efekt tego wszyscy już dobrze znamy. Można obarczać winą za porażkę Żigeranovicia, spisującego się zdecydowanie słabiej niż zwykle, można mieć pretensje do innych graczy, którzy nie wykorzystali kilku sytuacji. Prawda jest jednak taka, że Turów przegrał przez własną głupotę, bo do momentu feralnej czwartej „ćwiartki”, nie można było mieć do niego żadnego zarzutu. Zgorzelczanie przeważali niemal w każdym elemencie i wystarczyło skupić się jeszcze przez 10 minut, ale Dariusz Szczubiał miał w odwodzie Scotta…
W ostatnim sobotnim meczu, po raz drugi w tym sezonie zachwyciła Polpharma, która pod wodzą Zorana Sretenovicia przeszła prawdziwą metamorfozę. Tym razem, ofiarą ekipy ze stolicy Kociewia padła warszawska Polonia, która wcale nie należy do słabeuszy. Starogardzianie dali się wyprzedzić rywalowi jedynie w pierwszej kwarcie. Potem, to oni przystąpili do dzieła zniszczenia, a Poloniści byli tylko cieniem dla rozpędzonych koszykarzy Polpharmy. Słowa uznania należą się wspomnianemu już trenerowi zespołu za umiejętne wykorzystanie Michaela Hicks’a, który jak się okazało jest niezwykle groźny na obwodzie. Poza tym, ostatnie sukcesy „Farmaceutów” są też spowodowane bardzo dobrą grą zespołową. W starciu z Polonią, zanotowali oni aż 19 asyst, co nie jest częstym wynikiem. Jeśli zdołają utrzymać taką formę przez kolejne miesiące, to jestem pewien, że mogą powalczyć przynajmniej o miejsce w środku stawki, a ponadto, pokażą trenerowi Pawłowi Turkiewiczowi, że ten, musi się jeszcze sporo nauczyć zanim będzie chciał ponownie w pojedynkę poprowadzić jakiś ekstraklasowy zespół. Polonia natomiast zagrała zdecydowanie poniżej oczekiwań. Zresztą podobna sytuacja miała już miejsce w stołecznym obozie, kiedy to podopieczni Wojciecha Kamińskiego po niespodziewanym zwycięstwie nad Turowem w słabym stylu ulegli AZS-owi. W konfrontacji z Polpharmą, oprócz lepszej skuteczności, zabrakło zdecydowanie wsparcia ze strony większej liczby graczy z podstawowego składu, bo jedynie Hinson i Easley zdołali przekroczyć próg 10 punktów! By myśleć o zwycięstwach, nie mogą poprzestawać tylko na tym. Usprawiedliwieniem dla Czarnych Koszul jest jedynie wąska kadra meczowa, co jest czynnikiem niezwykle ważnym. Jednak w chwili obecnej, nic nie ulegnie zmianie w tej kwestii, więc warszawianom pozostaje zacisnąć zęby i walczyć w kolejnych meczach, bo każde zwycięstwo, jest dla nich niezwykle ważne.
W Poznaniu, wszyscy sympatycy koszykówki po raz kolejny spadli z nieba do piekła. Wszystko za sprawą przegranej PBG Basketu, który jeszcze kilka dni temu cieszył się z triumfu nad Asseco Prokomem. Tym razem jednak, za silny dla podopiecznych Miliji Bogicevicia okazał się Trefl Sopot i sytuacja w wielkopolskim zespole wcale nie jest już taka dobra. O ile jeszcze, po poprzedniej kolejce, wypowiadano się o wszystkich kwestiach z dużym optymizmem, o tyle teraz, trudno o pochlebne stwierdzenia, zwłaszcza, że sopocianie reprezentują podobny poziom i zwycięstwo przez większość meczu było w zasięgu gospodarzy. Wobec tego w poznańskim obozie muszą wreszcie coś zmienić, bo trudno się oprzeć wrażeniu, że Basket potrafi wygrywać jedynie ze słabszymi od siebie i to też niezbyt przekonująco. Ale do tego wniosku doszedłem już kilka tygodni temu. W niedzielnej potyczce, obie drużyny skupiły się przede wszystkim na grze obronnej, dlatego też trudno było o wypracowanie jakiejkolwiek przewagi punktowej. Na pocieszenie trzeba przyznać, że w tej fizycznej walce, zawodnicy Basketu nie radzili sobie źle, jednak po raz kolejny w tej edycji rozgrywek nie potrafili postawić kropki nad „i”. Można przypuszczać, że gdyby Eddie Miller zagrał na skuteczności, do której już przyzwyczaił, to Treflowi byłoby o wiele trudniej o zdobycie kompletu punktów, ale tego już nie sprawdzimy. Powodów do zmartwień nie mają natomiast w drużynie z Trójmiasta. Sopocianie ewidentnie są z biegiem czasu w coraz lepszej formie i prawdopodobnym jest, że na dłużej zagoszczą na trzecim miejscu w ligowej hierarchii. W dużej mierze jest to zasługą zmian, jakie nastąpiły w ostatnich dniach okienka transferowego. Mowa o zakontraktowaniu Lorinzy Harringtona i Slobodana Ljubotiny, którzy wnieśli nową jakość do gry swojego nowego klubu. W starciu z PBG Basketem, wiele pożytecznej pracy wykonał ten pierwszy, który choć nie przebywał na parkiecie zbyt długo, to w tym czasie umiejętnie dyrygował grą całej drużyny. Poza tym, słowa uznania dla podopiecznych Karlisa Muiznieksa należą się też za to, że mimo naporu rywala, nie pozwolili sobie odebrać minimalnego prowadzenia do ostatnich sekund. A właśnie w takich chwilach najlepiej poznaje się wartość zespołu.