Polpharma odnosi pewne zwycięstwo
W Starogardzie kibice oglądali wyrównany pojedynek tylko w pierwszej kwarcie. Potem, niezwykle zmotywowani gospodarze zdominowali stołeczny zespół i nie pozwolili sobie odebrać prowadzenia już do samego końca.
Tym samym Polpharma, pod wodzą Zorana Sretenovicia odniosła drugie zwycięstwo z rzędu i w błyskawicznym tempie oddaliła się od strefy spadkowej.
Początek spotkania nie zapowiadał takiego rozstrzygnięcia. Polonia, po wygranej w zeszłym tygodniu nad Kotwicą Kołobrzeg, wyraźnie miała ochotę na powtórzenie tego wyczynu i już po kilku minutach, dzięki składnym akcjom Darnell’a Hinsona oraz Hardinga Nany objęła kilkupunktowe prowadzenie. Starogardzianie sprawiali wrażenie rozkojarzonych takim biegiem wydarzeń i mimo kilku prób, nie byli w stanie sprostać defensorom Czarnych Koszul. Jedynym, który nie brał przykładu z kolegów był Michael Hicks. Amerykanin już od pierwszych minut pokazał, że jest tego wieczoru w dobrej dyspozycji strzeleckiej i będzie go bardzo trudno powstrzymać. Jego starania wystarczyły jednak, tylko do zniwelowania strat, bowiem po 10 minutach to przyjezdni byli na skromnym, trzypunktowym prowadzeniu.
W drugiej kwarcie sytuacja diametralnie uległa zmianie. „Farmaceuci” zaczęli grać o wiele lepiej w obronie, co momentalnie przyniosło pożądane efekty. Warszawianie nie byli przez to tak skuteczni i nie mogli liczyć nawet na swoich wysokich graczy, którzy byli wręcz bezradni. Zawodnicy Polpharmy momentalnie wyczuli słabość przeciwnika i ruszyli do ataku. Ciężar zdobywania punktów przejął na chwilę Kamil Chanas. Wychowanek Śląska Wrocław pokazał tym samym, że wielu za wcześnie go skreśliło i w obecnych rozgrywkach może być czołową postacią ekipy ze Starogardu . Swoje „trzy grosze” dołożył także rozgrywający swoje pierwsze zawody w tym sezonie Uros Mirković i przewaga miejscowych rosła w zaskakująco szybkim tempie. Poloniści zdołali odpowiedzieć na poczynania rywala jedynie kilkoma udanymi akcjami, ale nie zmieniło to wiele w ogólnym rozrachunku, ponieważ do przerwy przegrywali oni 38:30.
By myśleć o nawiązaniu walki z przeciwnikiem, podopieczni Wojciecha Kamińskiego musieli zdecydowanie poprawić skuteczność i lepiej pokryć najlepszych strzelców Polpharmy. Po zmianie stron jednak, to ekipa ze stolicy Kociewia w dalszym ciągu wiodła prym i systematycznie powiększała swoją przewagę. Najjaśniejszym punktem w szeregach brązowego medalisty ubiegłorocznych mistrzostw Polski był Hicks, który z reguły nie mylił się z dystansu. Ponadto, podobać się mogła także gra Briana Gilmore’a. Amerykański skrzydłowy wykorzystywał swój największy atut, jakim są rzuty z półdystansu i nic nie robił sobie z asysty obrońców. Polonię natomiast, do walki próbował poderwać Tony Easley, lecz w dążeniach do celu był właściwie osamotniony, co nie mogło wróżyć nic dobrego dla ekstraklasowego jedynaka ze stolicy. Te wydarzenia sprawiły, że przed decydującą batalią, podopieczni Zorana Sretenovicia prowadzili 64:45 i tylko cud mógłby im odebrać komplet punktów.
Zgodnie z przypuszczeniami, ostatnia „ćwiartka” także przebiegała pod dyktando pewnych swego gospodarzy. Oprócz wymienianych wcześniej koszykarzy, kilka punktów na swoim koncie zapisali Robert Skibniewski i Tomasz Cielebąk, czym również przyczynili się do końcowego sukcesu. Wobec bezpiecznej sytuacji, szkoleniowiec starogardzkiego zespołu nie bał się desygnować na parkiet dublerów, wśród których byli m in. Karol Szpyrka czy Adrian Mroczek Truskowski. A warto dodać, że zwykle stanowią oni głęboką rezerwę . Jak się okazało, wcale nie pomogło to warszawianom nadgonić wyniku. Wręcz przeciwnie. Zrezygnowani nie podjęli nawet walki o bardziej korzystny rezultat. Na pozytywną uwagę zasługuje tylko duet Easley – Hinson, ale to jest raczej marne pocieszenie, bowiem ostatecznie to Polpharma wygrała 89:62 i jest na dobrej drodze do odbudowania nadszarpniętego wizerunku. Czarne Koszule natomiast, muszą się skupić na kolejnych starciach, bo każde zwycięstwo może okazać się dla nich bezcenne.