Zza kosza - subiektywny przegląd wydarzeń z parkietów TBL
Podsumowanie wydarzeń ostatniej kolejki muszę rozpocząć od pojedynku Energi Czarnych z Zastalem. Zresztą trudno postąpić inaczej, skoro koszykarska Polska była świadkiem widowiska na naprawdę wysokim poziomie i może wydawać się to dziwne, ale udziału w nim nie brał Asseco Prokom Gdynia.
Co ciekawe, ekipa Czarnych w zeszłym sezonie nie odegrała żadnej znaczącej roli w ekstraklasie, zajmując dopiero ósme miejsce w ligowej hierarchii. Zastal z kolei, to tegoroczny beniaminek, więc tym bardziej należy chylić czoła przed pracą wykonaną w obu obozach. A sobotni wieczór, był jej znakomitym udokumentowaniem. Zielonogórzanie od pierwszych minut bazowali na umiejętnościach Chrisa Burgess’a i Waltera Hodge’a. Obaj, choć mieli wysoko zawieszoną poprzeczkę, doskonale wywiązywali się z powierzonych im zadań. Burgess nie chybił żadnej z 10 prób z półdystansu, a Hodge oprócz 14 punktów zapisał na swoim koncie także 8 asyst. Dzięki temu, ich zespół wygrywał do przerwy, spełniając tym samym prośby swojego trenera, który apelował, by od początku mieli zaufanie do własnych umiejętności. Po zmianie stron jednak, musieli pogodzić się z tym, że słupszczanie dysponują nieco szerszą kadrą meczową i wydaje się, że dzięki temu zawodnicy Dainiusa Adomaitisa przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę. Wśród nich, kolejny świetny mecz rozegrał Jerel Blassingame. Najniższy rozgrywający w TBL na tyle dobrze dyrygował grą zespołu, że ten, nie poddał się w decydujących momentach. Oprócz Amerykanina, na wyróżnienie zasługuje też Polak… Mantas Cesnauskis. Tak, tak, to już nie żarty. Rodowity Litwin przed kilkoma dniami otrzymał paszport z orzełkiem, dzięki czemu może występować jako rodzimy gracz. A swój pierwszy mecz w nowej roli może zaliczyć do udanych. Z perspektywy czasu, jego celne rzuty w ważnych momentach, wydają się bezcenne. Tym samym, Energa Czarni dopięli swego w starciu z nie byle kim i należą się im szczere gratulacje za piąte z rzędu zwycięstwo. Pod adresem podopiecznych Tomasza Herkta również należy skierować ciepłe słowa, bo na pewno nie byli gorsi i pokazali, że ich dotychczasowe osiągnięcia nie są dziełem przypadku. Oby ta porażka nie zahamowała ich dalszych zapędów, bo bez wątpienia są w stanie zajść daleko.
W pojedynku rozegranym w Zgorzelcu górą gospodarze. PGE Turów, choć długo męczył się z AZS-em, zdołał pokonać koszalinian 79:68, odbijając się tym samym od dołu tabeli. Głównym autorem wygranej okazał się być Robert Tomaszek. Ten niezwykle silny gracz, choć przebywał na parkiecie zaledwie 18 minut, to zdążył w tym czasie zdobyć 14 „oczek” i sprawił mnóstwo problemów defensorom przyjezdnej drużyny. Mimo to, trzeba jasno powiedzieć, że zgorzelczanie w dalszym ciągu grają poniżej oczekiwań. Czym to jest spowodowane? Na to pytanie pewnie najlepiej umiałby odpowiedzieć trener Jacek Winnicki, choć i on wielokrotnie rozkładał ręce widząc nieporadność swojego zespołu. Nie ma jednak, wątpliwości, że cała maszyna musi w końcu zatrybić, bo wątpliwe, by włodarze klubu godzili się z tak chwiejną postawą drużyny. „Akademicy” natomiast, dalej pozostają z jednym zwycięstwem na koncie. Chociaż opiekun zespołu, Mariusz Karol wielokrotnie gestykulował przy linii bocznej i wcielał się w rolę szóstego zawodnika, to wyraźnie nie pomógł tym w osiągnięciu satysfakcjonującego rezultatu. Na nic zdały się także celne rzuty Slavisy Bogavaca, debiutującego w barwach AZS-u. Serb zagrał jak natchniony i ciekawy jestem, czy będzie podobnie prezentował się w kolejnych meczach, czy był to jedynie przypływ euforii spowodowany pierwszym występem. Negatywną kartę w swojej historii zapisał Damien Kinloch. Wielu widziało go już do prawda na piedestale po ostatnich wyczynach, ale jak się okazało, Amerykanin nie jest już tak skuteczny, jeśli gra przeciwko silniejszym zawodnikom. Jak te wydarzenia wpłynął na przyszłość ekipy z Koszalina? Jedno nie ulega wątpliwości. Teraz już żadne starcie nie będzie dla nich łatwe.
Polonia zaczyna zadziwiać. Kilka tygodni temu, konstruowanej w przyspieszonym tempie drużynie Wojciecha Kamińskiego nikt nie dawał większych szans, a tymczasem, Czarne Koszule wygrały już we własnej hali z Kotwicą Kołobrzeg 84:79 i spokojnie można powiedzieć, że znajdują się obecnie w bezpiecznej strefie. Przed sobotnim meczem wielu miało obawy związane z tym, jak poradzą sobie Poloniści z bądź co bądź, faworytem tej konfrontacji , bowiem ostatnio przegrali z niżej notowanym AZS-em. Jednak już po pierwszych minutach stołeczni koszykarze nie pozostawili złudzeń, kto zwycięży tego wieczoru. Fenomenalnie w obronie zagrała dwójka Tony Easly – Harding Nana, nie pozwalając graczom Kotwicy na oddanie kilku celnych rzutów pod rząd. Właśnie postawa Kameruńczyka w dużej mierze zadecydowała o końcowym sukcesie. Przypomnę, że we wspomnianym pojedynku z AZS-em, Nana zagrał poniżej oczekiwań, a efekt końcowy doskonale znamy. Wracając do głównego tematu trzeba zwrócić uwagę, że to, co nie udawało się kołobrzeżanom, bez problemu w życie wprowadzali gracze Polonii, pogrążając rywala bez żadnych skrupułów. Znowu, niczym weteran, zagrał Marcin Nowakowski, imponując spokojem i wytrzymałością. Jeśli Czarne Koszule utrzymają w kolejnych tygodniach podobny poziom, to trener Kamiński z pewnością będzie mógł być dumny ze swoich dokonań. W dużo gorszej sytuacji jest jego vis-a-vis Dariusz Szczubiał. Opiekun Kotwicy, potrafił doprowadzić swój team do wygranej tylko w jednym meczu, mimo, że w pozostałych wcale nie był gorszy. Nie zmienia to jednak, faktu, że kołobrzeżanie niebezpiecznie szybko pikują w dół tabeli, co raczej nie jest mile widziane wśród decydentów klubu. Warto jeszcze przejść do samych zawodników, bo tu jest kogo krytykować. Może brzmi to bardzo szowinistycznie, ale nie umiem przejść obojętnie wobec Teda Scott’a, a raczej jego wyczynów. W Warszawie, Amerykanin gdy dostawał piłkę już jej nie oddawał, mimo że partnerzy nieraz znajdowali się w lepszych pozycjach do rzutu. Jaki był tego efekt? 3/19 z gry plus dwie straty. Nie muszę chyba dodawać, że pożytku z gry tego „strzelca” nie ma żadnego. Pochwalić natomiast można Darrell’a Harris’a, który jako jedyny próbował nawiązać walkę pod tablicami z podkoszowymi Polonii. Dzięki swojej ambicji zdołał zebrać aż 20 piłek, co w jakiś sposób na pewno pozwoliło zmniejszyć rozmiary porażki. W tej kwestii spory udział miał też Sławomir Sikora, który wszedł na ostatnią kwartę i zdobył 15 punktów. Pomóc starał się też młody Michał Moralewicz, udanie wyłączając z gry Nowakowskiego w końcowych momentach. W Kołobrzegu mogą tylko żałować, że wszystko zaczęło się tak późno…
Tydzień temu w mojej publikacji napisałem, że w grze Anwilu widać postęp. W trakcie minionej kolejki doszedłem do wniosku, że pomyliłem się i to bardzo. Włocławianie stanęli w sobotę przed niepowtarzalną szansą. We własnej hali podejmowali czerwoną latarnię rozgrywek, Polpharmę Starogard Gdański. Gdyby wygrali, mieliby świetną sytuację przed kolejnymi spotkaniami. Tak się jednak, nie stało. Znowu przegrał Igor Griszczuk. Białorusin kolejny raz nie podołał trudom związanym z nerwową końcówką meczu, mimo, że jego podopieczni mieli komplet punktów na wyciągnięcie ręki. Nie pomógł nawet Andrzej Pluta, który już nie raz ratował swojego trenera z opresji. Tym samym, V-ce Mistrzowie Polski mają na koncie już dwie porażki, czyli połowę z tego ile zaliczyli rok temu… w 26 spotkaniach. Nieciekawie. Paradoksalnie w o wiele lepszych nastrojach jest Polpharma, dla której był to dopiero pierwszy mecz pod wodzą Zorana Sretenovicia. Serb zaliczył prawdziwe wejście smoka, bo w kilkanaście godzin poskładał rozbitą czterema porażkami drużynę i dobitnie pokazał Pawłowi Turkiewiczowi, że jednak da się. „Farmaceuci” niewątpliwie skorzystali na wybornej formie strzeleckiej Kamila Chanasa. Wychowanek Śląska Wrocław nie bał się rzucać będąc nawet pod presją obrońcy i co najważniejsze czynił to bardzo skutecznie. Więcej można się było spodziewać po Deonta Vaughn. Amerykanin, na którym polscy komentatorzy kaleczą sobie język nie jest tak produktywny jak zakładano i w kolejnych starciach, może to negatywnie podziałać na cały zespół. Teraz jednak, starogardzianie powinni udać się na zasłużony odpoczynek, bo włożyli w to spotkanie wiele trudu.
Niedziela okazała się nieszczęśliwa dla Asseco Prokomu. Gdynianom, co prawda, przyszło zmierzyć się z PBG Basketem i to na ich terenie, lecz nie usprawiedliwia to w żaden sposób ich porażki. Jedynym, który zaprezentował się bez zarzutu był Bobby Brown, zdobywca 29 punktów. Reszta natomiast, zawiodła na całej linii. Winowajcą takiego rezultatu wydaje się być trener Tomas Pacesas, który przywrócił do łask drugi garnitur zawodników i jak się okazało, znowu się pomylił. Rzeczywistość okazała się brutalna, bo Iwo Kitzinger czy Courtney Eldridge, którzy mieli odgrywać czołowe role, sprawiali wrażenie debiutantów, a przebywający na boisku przez 15 minut Przemysław Frasunkiewicz nie zdobył choćby punktu. Takich ruchów Pacesasa nie można racjonalnie wytłumaczyć, bo kto, jak nie on ma wiedzieć w jakiej dyspozycji znajdują się jego koszykarze i którzy z nich są w stanie zagrać na wysokim poziomie. Co więcej, zabieg związany z zatrudnieniem takiej liczby zawodników miał pomóc walczyć nadmorskiej drużynie na każdym froncie. A jak ktoś jest od wszystkiego, to jest do niczego. Poznaniacy w tym pojedynku zagrali poprawnie i nie da się ukryć, że zasłużenie mogli się cieszyć po końcowej syrenie. W trakcie meczu nachodziła mnie, jednak wielokrotnie myśl czy to oni zagrali tak dobrze, czy Asseco Prokom tak słabo? Będąc realistą, muszę stwierdzić, że stawiam na to drugie. Jestem bowiem, przekonany, że gdyby do stolicy Wielkopolski zawitał zespół ze swoim najsilniejszym składzie, PBG Basket musiałby ewentualną wygraną znowu wyszarpywać. Tak się jednak, nie stało i komplet punktów zostaje wśród podopiecznych Miliji Bogicevicia. Tym samym można powiedzieć, że sprawdziła się prognoza Tomasza Ochońko, który twierdził, że Mistrzowie Polski bez wątpienia mają słabe punkty i nie są nie do pokonania.
Po raz kolejny nie popisała się także Siarka. Tarnobrzeżanie gładko przegrali z Treflem i nie zanosi się, by ich sytuacja miała się poprawić. Podopieczni Zbigniewa Pyszniaka już w pierwszej kwarcie dali się zdystansować sopocianom i w rezultacie, nie byli w stanie nawiązać równorzędnej walki. Co sprawia, że ekipa z Podkarpacia odstaje od reszty stawki? W dużej mierze jest to spowodowane brakiem odpowiedniego wsparcia ze strony Amerykanów, którzy przynajmniej w założeniach mieli decydować o obliczu drużyny. Najskuteczniejszym graczem zespołu jest Kevin Goffney, zdobywca zaledwie 13 punktów. Notabene, aż 8 z nich zdobył po rzutach osobistych! Czy aby na pewno tak to miało wyglądać? Okienko transferowe do lutego będzie zamknięte, więc jeśli trener Pyszniak nie wykrzesa z tego składu nic więcej, to potem może być już za późno. Dla porównania, w trójmiejskim zespole panują z goła inne nastroje. Dzięki niedzielnej wygranej, Trefl umocnił się na czwartym miejscu w tabeli i myślę, że można określić go już mianem solidnego ligowca. Czy zdoła powalczyć o coś więcej? To będzie zależało od samych koszykarzy. Teraz, świetnie zagrał Filip Dylewicz, poprzednio Giedrius Gustas. Do zespołu dołączyli też Lorinza Harrington i Slobodan Ljubotina, którzy z czasem powinni stać się ważnymi postaciami. Czas pokaże, czy sopocianie dorównają najlepszym, bo w tym roku liga jest niezwykle wyrównana i jednym razem można być na czele, a drugim na samym dnie.