Podsumowanie czwartej kolejki TBL!

Dodano: 1 listopada 2010 09:52
Podsumowanie czwartej kolejki TBL!
Adam Popek, Informacja własna
WikiMedia

Na Zastal nie ma mocnych. W jednym z najciekawszych pojedynków kolejki, zielonogórzanie sięgnęli po czwarte zwycięstwo z rzędu, pokonując Trefla Sopot 72:71. Samo spotkanie z pewnością nie rozczarowało. Kibice, którzy niemal w pełni wypełnili piękną halę przeżywali prawdziwą huśtawkę nastrojów. Rozpoczęło się, bowiem od prowadzenia przyjezdnych, wśród których prym wiódł Marcin Stefański. Po zmianie stron, gospodarze wspięli się na wyżyny swoich umiejętności i po prostu zdeklasowali sopocian, wygrywając trzecią kwartę 26:9!

W związku z tym wielu zadawało sobie pytanie, czy na parkiecie pojawiła się dla odmiany juniorska drużyna Trefla. Faktem jest jednak, że to podopieczni Tomasza Herkta swoją postawą po prostu przyćmili koszykarzy z Trójmiasta. A jak się później okazało, właśnie ta część gry zadecydowała o końcowym rezultacie. Mimo desperackiej pogoni nadmorskiego zespołu, miejscowym udało się ostatecznie utrzymać skromną, jednopunktową przewagę, dzięki czemu po raz kolejny mają niemałe powody do radości. Na słowa pochwały za swój występ najbardziej zasługuje Chris Burgess. Amerykański center oprócz zdobycia 19 punktów, zebrał także 14 piłek, czym walnie przyczynił się do sukcesu swojej drużyny. Z dobrej strony zaprezentował się też Jakub Dłoniak, nie myląc w ważnych momentach przy rzutach zza linii 6,75 m. Zawiódł natomiast, dotychczas jeden z najlepszych rozgrywających ligi, Walter Hodge. Portorykańczyk zdobył, co prawda 11 punktów, ale zdecydowanie za często popełniał błędy, które mogły przynieść wielką szkodę ekipie z Winnego Grodu. Pozostaje mieć nadzieję, że do kolejnej ligowej potyczki wyniesie wnioski ze swoich nieudanych zagrań. Wbrew pozorom, pomimo tego, że po 40 minutach jedna z drużyn była na prowadzeniu, w Zielonej Górze miała miejsce także dogrywka, która odbyła się… w autokarze sopockiego zespołu. Mowa o wybryku, jakiego dopuściło się 20 pseudokibiców z Zielonej Góry, którzy wtargnęli do pojazdu wiozącego ekipę Trefla, ewidentnie szukając zaczepki. Na szczęście, nie doszło do starć, takich jak kilkanaście dni temu we Włoskiej Genui i wszystko rozeszło się po kościach. Nawiasem mówiąc, ten godny nagany wyczyn został momentalnie potępiony przez kibiców Zastalu, którzy apelują, by nie kojarzyć ich ze zwykłymi chuliganami. I słusznie! Wszak wątpię, by choć jedna z tych osób, które wywołały całą awanturę miała cokolwiek wspólnego z prawdziwą koszykówką.

Bez ekscesów natomiast, obyło się w innym meczu na styku. W Tarnobrzegu, gdzie miejscowa Siarka podejmowała PBG Basket Poznań wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie. Gdy tuż przed końcem, gospodarze prowadzili jednym punktem, wydawało się, że poznaniacy będą musieli po raz drugi z rzędu przełknąć gorycz porażki. Stało się jednak, zupełnie odwrotnie. Na 4 sekundy przed końcową syreną faulowany był Cliff Hawkins. Mimo wielkiej presji, czarnoskóry rozgrywający nie pomylił się ani razu z linii rzutów osobistych i przechylił szalę zwycięstwa na korzyść swojego zespołu. Tarnobrzeżanie, co prawda mieli jeszcze szansę na odmienienie losów meczu, lecz Stanley Pringle spudłował w decydującym momencie. Tym samym, ekipa z Wielkopolski zwyciężyła 76:75 i po raz kolejny może mówić o wielkim szczęściu. Bez trudu można sobie, bowiem wyobrazić sytuację, że gdyby nad podopiecznymi Miliji Bogicevicia nie czuwała opatrzność, mogliby się oni legitymować w tej chwili bilansem 0-4. A od drużyny z takim potencjałem jednak, należy wymagać o wiele więcej, bo jeśli nic nie ulegnie zmianie we wspomnianej kwestii, to przyszłość PBG Basketu może nie być przepełniona glorią i chwałą. Z kolei na Podkarpaciu mogą mówić o wielkim pechu. Choć porażka w tej kolejce była raczej wkalkulowana, to niewykorzystanej szansy szkoda. Pomimo tego, można jednak znaleźć kilka pozytywów w zespole Zbigniewa Pyszniaka. Pierwszym z nich jest z pewnością Marek Miszczuk. Jeden z najbardziej doświadczonych Polaków w TBL wreszcie zagrał jak rasowy center (aż strach pomyśleć, ile wysiłku musiało go to kosztować) i przy jego zagraniach ręce same składały się do oklasków. Ponadto, jak za pierwszoligowych czasów na parkiecie brylował Bartosz Krupa, który zapisał na swoim koncie aż 18 punktów. Zabrakło natomiast wsparcia ze strony Amerykanów, którzy zagrali tym razem zdecydowanie poniżej oczekiwań. W związku z tym, ekipie z siarkowego miasta pozostaje mieć jedynie nadzieję, że w kolejnych meczach na punktować będzie cały zespół, a nie poszczególne jednostki.

W Kołobrzegu nadszedł kres hegemonii Teda Scotta. Grający jak dotąd na niesamowitej skuteczności Amerykanin, tym razem trafił zaledwie 3 na 16 rzutów z gry, co wydaje się być główną przyczyną porażki jego zespołu z wyżej notowanym Anwilem 74:84. Podopieczni Dariusza Szczubiała, mimo tego, że wielokrotnie doganiali rywala, ostatecznie nie znaleźli sposobu, jak odebrać mu zwycięstwo. Nie pomogła nawet dobra dyspozycja strzelecka Tomasza Zabłockiego, który przypomniał sobie, jak grał jeszcze kilka lat temu. Oprócz niego, wiele serca na parkiecie zostawił także Darrell Harris. Doskonale znany na polskich parkietach center, zdobył w sobotni wieczór 27 punktów oraz zanotował aż 13 zbiórek, co jest nie lada wyczynem. Jednak wobec bardziej zbilansowanej kadry Anwilu, ich starania okazały się niewystarczające. Podopiecznych Igora Griszczuka do zwycięstwa poprowadził ten, na którego zawsze można było liczyć w trudnych momentach. Mowa o Andrzeju Plucie, jednym z najlepszych strzelców w historii polskiego basketu, który był wręcz nie do zatrzymania dla kołobrzeskich obrońców. Ponadto, kolejny dobry występ zaliczył Paul Miller, stanowiąc przeciwwagę dla szalejącego pod tablicami Harrisa. Dzięki tej wygranej włocławianie znaleźli się w bardzo komfortowym położeniu i mają wielką szansę na stałe zagościć w ligowej czołówce, a to dlatego, że w następnej kolejce przyjdzie im się zmierzyć z pozostającą nadal bez zwycięstwa Polpharmą. Gdyby tak się stało, włodarze klubu będą z pewnością mieli powody do radości po niemrawym początku.

W niedalekim Koszalinie natomiast, zapanowała prawdziwa euforia. Po wielu trudach, trenerowi Mariuszowi Karolowi udało się doprowadzić niedawno przejęty zespół do pierwszego zwycięstwa (87:76), co jeszcze 2 tygodnie temu wydawało się odległą perspektywą. Pierwszą ofiarą „Akademików” okazała się być Polonia Warszawa, która zaprezentowała się o wiele gorzej niż w wygranym pojedynku z PGE Turowem Zgorzelec. Gospodarzy, do triumfu poprowadził duet Winsome Frazier – Damien Kinloch. Ponadto, dobre zawody rozegrał też Marcin Sroka, zdobywca 15 punktów. Tym samym, śmiało można już ocenić, że działacze AZS-u wykonali dobry ruch, ponownie powierzając stanowisko szkoleniowca drużyny wspomnianemu trenerowi, bo na efekty nie trzeba było długo czekać. Dzięki triumfowi, koszalinianie wreszcie odbili się od ligowego dna i powoli mogą zaczynać marsz w górę tabeli. Warszawianie natomiast, trochę rozczarowali swoich fanów, którzy liczyli na drugą wygraną z rzędu. Nie pomogła nawet wyborna forma strzelecka Darnella Hinsona, który często był osamotniony w swoich działaniach. Ewidentnie zabrakło, bowiem wymiernego wkładu w grę tych, którzy odegrali decydujące rolę w przywołanym przeze mnie pojedynku w Zgorzelcu, czyli Łukasza Wichniarza i Hardinga Nany. Po zakończeniu spotkania, nawet trener Wojciech Kamiński nie krył rozczarowania związanego z tym, że jego podopieczni nie są w stanie rozegrać dwóch dobrych meczów pod rząd. Jeśli sytuacja ta będzie się powtarzać, wątpliwe, by Poloniści byli w stanie powalczyć o coś więcej niż tylko utrzymanie w ekstraklasie.

W ostatnim meczu kolejki, górą Energa Czarni, która nie bez problemów pokonała Polpharmę 76:72. Lider TBL długo męczył się z ostatnim zespołem ligi i w pewnym momencie zanosiło się nawet na sensację. W porę jednak, sprawy w swoje ręce wzięli Cameron Bennerman i Jerel Blassingame. To właśnie dzięki tej dwójce, podopieczni Dainiusa Adomaitisa zdołali wygrać już czwarty pojedynek z rzędu i utrzymali pierwszą pozycję w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Mimo to jednak, styl w jakim odnieśli zwycięstwo nie zachwycił tak, jak w poprzednich pojedynkach. Gdyby nie popisy strzeleckie wspomnianych Amerykanów, prawdopodobnie słupszczanie nie cieszyliby się ze zdobycia kompletu punktów. Zdecydowanie słabiej wyglądała, bowiem gra zespołowa, co było dotąd główną domeną ósmej drużyny poprzedniego sezonu. Jedynie 9 asyst w ciągu czterdziestu minut gry nie powala na kolana i pytanie, czy słabsza forma była tylko wypadkiem przy pracy, czy też efektem czegoś, co mogłoby zaburzyć dotychczas perfekcyjnie funkcjonującą maszynę. Tego dowiemy się pewnie najwcześniej przy okazji kolejnej ligowej potyczki z udziałem Czarnych. A Polpharma tym meczem udowodniła, że pokonanie ekipy ze Słupska nie jest niemożliwe. Choć dla Starogardzian jednak, jest to marne pocieszenie. Trudno się dziwić, skoro aktualny brązowy medalista nie wygrał jeszcze w tym sezonie i wobec zwycięstwa AZS-u Koszalin, pozostał osamotniony na samym końcu tabeli. Jedyną radosną informacją może być to, że w niedzielnym meczu gra gospodarzy nie wyglądała źle i można wiązać nadzieję, że w końcu uda im się zdobyć komplet punktów. Tyle tylko, że teraz dodatkowym czynnikiem przeszkadzającym „Farmaceutom” będzie presja wyniku związana z każdym kolejnym meczem, bo pozostałe drużyny będą się powoli oddalać. Podopieczni Pawła Turkiewicza muszą się postarać, by jak najszybciej wyjść z opresji, bo potem, nie wszystko może już zależeć tylko od nich.

PS. Ciekawy jestem, jak rozwinęłaby się wspomniana sytuacja w autobusie Trefla, gdyby w barwach sopockiego zespołu grał Milan Gurović…

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp