AZS w końcu zwycięża!

Dodano: 30 października 2010 21:17
AZS w końcu zwycięża!
Adam Popek, Informacja własna
WikiMedia

Aż do czwartej kolejki musieli czekać kibice w Koszalinie, by zobaczyć pierwszą wygraną swojego zespołu. Pod wodzą Mariusza Karola „Akademicy” pewnie pokonali Polonię Warszawa 87:76 i powoli wracają do gry.

O zwycięstwie w dużej mierze zadecydowała kapitalnie rozegrana przez gospodarzy druga kwarta, kiedy to grający pod presją warszawianie mieli problemy niemal w każdym elemencie gry i pozwolili rywalowi odskoczyć na kilkanaście punktów.

Nie od dziś wiadomym było, że koszalinianie po prostu musieli to spotkanie wygrać. W myśl tego, od pierwszych minut ochoczo przystąpili do ataków. Mogło się wydawać, że uda im się dość szybko zdystansować Polonistów, lecz przyjezdni nie dawali za wygraną. Podobać się mogły szczególnie akcje Darnella Hinsona i Łukasza Wichniarza, którzy na przemian zapisywali kolejne punkty na swoim koncie. Mimo to, ich dobra postawa nie przyniosła tak piorunującego efektu jak w poprzednim meczu w Zgorzelcu, gdzie Czarne Koszule szybko wypracowały sobie przewagę, której broniły do ostatnich sekund. Wszystko za sprawą często chwalonego w minionym tygodniu Winsome Fraziera. Amerykanin nieraz w pojedynkę rozbijał obronę Polonii i jak na lidera przystało, nie bał się podejmować ryzyka w trudnych momentach. Gdy w końcówce kwarty dołączył do niego jeszcze Damien Kinloch, miejscowi prowadzili po pierwszych dziesięciu minutach różnicą dwóch „oczek”.

Czujący się bardzo pewnie na własnym parkiecie gracze aktualnego zdobywcy Pucharu Polski, w drugiej kwarcie nie pozostawili złudzeń, że kryzys w ich zespole został już zażegnany. Od samego początku, wspomniana dwójka Amerykanów siała popłoch w szeregach teamu Wojciecha Kamińskiego. Zdezorientowali Poloniści nie byli w stanie odciąć od podań strzelców AZS-u, a tym bardziej, nie potrafili zagrodzić im drogi do kosza. Efekt tego był taki, że gospodarze szybko wyszli na dwucyfrowe prowadzenie i nie zamierzali na tym poprzestać. Chwilę później, kilka punktów dołożył jeszcze Marcin Sroka i wydawało się, że pojedynek rozstrzygnie się już do przerwy. Nadzieję stołecznemu zespołowi przywrócili, jednak Hinson do spółki z Nowakowskim, odrabiając część strat. Nie zmieniało to jednak faktu, że w ogólnym rezultacie nadal dużo brakowało do ideału. Tym samym, po dwóch kwartach pogromcy PGE Turowa przegrywali 29:44 i nic nie wskazywało na to, by coś miało się w tej kwestii zmienić.

Po zmianie stron, nieoczekiwanie, na kilka chwil inicjatywę przejęli Poloniści. Parę celnych rzutów z rzędu pozwoliło im nawet nawiązać kontakt z przeciwnikiem, ale „Akademicy” nie dali się zaskoczyć i w porę odpowiedzieli tym samym. W szeregach Czarnych Koszul ewidentnie brakowało skuteczności ze strony Hardinga Nany. Nigeryjczyk, który rozegrał niedawno świetny mecz przeciwko PGE Turowowi najczęściej zawodził, co zmuszało jego partnerów do przejęcia ciężaru gry na własne barki. Jak się okazało, taką sytuację bezwzględnie wykorzystali miejscowi, którzy z biegiem minut coraz dobitniej przypominali o tym, kto jest tego wieczoru na prowadzeniu. Ostatecznie ich działania przyniosły zamierzony skutek, bo rywal zdołał odrobić zaledwie 4 punkty i przed decydującą batalią, to oni prowadzili 64:53, co stawiało ich w bardzo korzystnej sytuacji.

Świadomi rangi spotkania, podopieczni trenera Karola, przystąpili to ostatniej części gry bardzo skoncentrowani, nie zważając na to, że mają bezpieczną przewagę punktową. Na pierwszy plan ponownie wysunął się Frazier, który każdym kolejnym rzutem przybliżaj swój zespół do upragnionego zwycięstwa. Warszawianom nie pomogły nawet desperackie próby nawiązania walki przez wielokrotnie wymienianego Hinsona. Bezapelacyjny lider Polonii był osamotniony w ofensywnej walce, co pozwoliło tylko zachować twarz drużynie, która do tej pory wszystkie pojedynki rozgrywała na wyjeździe. W końcówce, pewni swego koszykarze AZS-u nie decydowali się na żadne nieprzemyślane ruchy, dzięki czemu po raz pierwszy w tym sezonie zdobyli komplet punktów. Dla stołecznej ekipy natomiast, pocieszającą wiadomością jest to, że kolejny mecz rozegra już na własnym parkiecie i być może wtedy doczeka się drugiego zwycięstwa.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp