Demonstracja siły, czyli wszystko o Derbach Florydy

Dodano: 30 października 2010 20:58
Demonstracja siły,  czyli wszystko o Derbach Florydy
Bartłomiej Berbeć, Informacja własna
Obraz własny
To był prawdziwy debiut "Wielkiej Trójki" Miami Heat. Orlando Magic byli niepokonani w meczach przedsezonowych. Dzień wcześniej rozbili Washington Wizards nie dając im żadnych szans. Wczoraj zostali jednak wręcz zmiecieni z parkietu w ciągu dwóch minut trzeciej kwarty. Choć obraz ekipy Erica Spoelstry jest wciąż mocno rozmazany, nabrał po wczorajszym meczu sporo ostrości. Sprawa jest jasna. Oni naprawdę będą dominować. Brak zgrania i rytm meczowy - to były dwie największe wady Miami w dotychczasowych meczach. Choć wydawało się, że wyeliminowanie ich zajmie im trochę czasu, potrwało to niecały tydzień. Wczoraj pokazali wszystko to, czego spodziewali się po  nich kibice jeszcze przed rozpoczęciem sezonu - przede wszystkim doskonałą obronę, a momentami totalną dominację w ataku.Kiedy na początku trzeciej kwarty rzucili 14 punktów z rzędu, Stan Van Gundy wziął czas, ale jego mowa ciała wyglądała tak, jakby chciał rzucić ręcznik na parkiet. Gdyby była to walka bokserska, sędzia zarządziłby techniczny nokaut. Wystarczyły do tego niecałe 4 minuty. To naprawdę wyglądało jak starcie pięściarzy i to nie przypadkowych, ale czołowych bokserów wagi ciężkiej. Dlatego łatwość i lekkość, z jaką Miami przesądzili o zwycięstwie była zachwycająca. Nie zapominajmy, że Heat odjechali w ten sposób nie byle komu. Orlando od dwóch sezonów to prawdziwa maszynka do wygrywania, efektywna zwłaszcza w ataku. Wczorajszej nocy rzucili 70 punktów... Warto przypomnieć, że Boston Celtics, którzy wczoraj ogrywali jak chcieli silnych New York Knicks, a w których szeregach 24 asysty potrafił rozdać Rajon Rondo, rzucili im tylko 88 punktów. Jeżeli będą tak bronić nadal tak zaciekle - a będą, i to nawet lepiej - zawsze będę przynajmniej trzymać kontakt z przeciwnikiem. Nikt nie znajdzie sposobu, żeby im odskoczyć. Oglądając to spotkanie mogliśmy też sobie wreszcie uświadomić, jak wspaniałych koszykarzy mają w składzie Miami Heat. Ten zespół to nie po prostu suma talentów LeBrona Jamesa, Dwyane'a Wade'a i Chrisa Bosha. To coś znacznie więcej. Ci zawodnicy wpływają na siebie, zazębiają się i wystarczy, że jeden z nich ma wielką noc w ataku, a pozostali mają otwarte pozycje do rzutów. Wystarczyła jedna trójka LBJ'a, potem dwie dorzucił "Flash" i było po meczu. Nieodwołalnie. Moment przestoju oznacza w ich przypadku natychmiastową egzekucję. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wszyscy ludzie związani z tą organizacją potraktowali wczorajsze spotkanie jako prawdziwą inaugurację sezonu. Poprzednie dwa występy zeszły na dalszy plan. Po raz pierwszy kibice zgromadzeni w American Airlines Arena mogli zobaczyć na własne oczy wszystkie wielkie gwiazdy, a także innych nowych zawodników - Ilgauskasa czy Arroyo. Mowa oczywiście o oficjalnym spotkaniu. Wydawało się też, że Heat potrzebowali tej porażki na początek. Ewidentnie podrażnione zostały ich ambicje. W szczególności dotknięci okrzykami "Overrated!" (z ang. "Przecenieni!") musieli poczuć się Dwyane Wade i LeBron James. Obaj są zodiakalnymi koziorożcami - są szalenie ambitni i niezwykle uparci w dążeniu do celu i nie znoszą porażek. Mecz z Bostonem musiał wyzwolić w nich dodatkową motywację, sportową złość i frustrację, którą wczoraj wyładowali na Orlando. Howard i koledzy wyglądali jak rzuceni na pożarcie wygłodniałym gospodarzom. Do przerwy nie grali złego meczu, ale Heat byli wyjątkowo agresywni i zmotywowani. Niech za miernik poziomu adrenaliny "Żaru" na boisku posłuży Vince Carter, który nieomal został skrócony o głowę przez Udonisa Haslema podczas jednego z wejść pod kosz. Na szczęście "Vinsanity" tylko dość mocno poobijał sobie lędźwie. Dużo gorzej wyglądał natomiast JJ Reddick. Nadział się na ostrą zasłonę i musiał zejść do szatni. Gdy udzielał wywiadu po meczu, miał już podbite oczy i szwy nad jednym z łuków brwiowych. Jak widać analogia do boksu wcale nie wzięła się znikąd. Możemy też łatwo wydedukować, co stało by się z "Celtami", gdyby otwarcie sezonu odbywało się w AAA, a nie w TD Banknorth Garden. Najprawdopodobniej również dostaliby srogie lanie. Wszyscy związani z Miami - od urzędników, poprzez spikera, zawodników, kibiców, aż po samego Pata Riley - ostrzyli sobie pazury na wczorajszy mecz. Oprawa była przygotowana z wielką pompą - wspaniała i efektowna prezentacja graczy, cudowne wykonanie hymnu przez saksofonistę Clarence'a Clemonsa aż po komplet publiczności. Nic dziwnego, wszak były przesłanki, że prawdopodbonie otwarty zostanie najlepszy sezon w historii klubu i jeden z najwspanialszych w całej historii NBA. Ktokolwiek nie byłby przeciwnikiem Heat, po prostu musiał wczoraj przegrać. Potęgę składu, jakim dysponuje Spoelstra, zrozumiałem dopiero wczoraj. Po raz pierwszy odczułem to, kiedy zobaczyłem obok siebie rozpędzonych, biegnących do kontry Jamesa i Wade'a. To było przerażające wręcz uczucie. Nie zapominajmy też, że wczoraj w ogóle nie grali Mike Miller, Mario Chalmers czy Jerry Stackhouse (no dobra, Chalmers grał 4 minuty). Świetnie natomiast prezentował się James Jones. Jego trójki znów zasilały Heat, ale jego technika rzutów jest niesamowita. Rzuca wyjątkowo wysokim łukiem, co jest bardzo efektowne do oglądania. Podstawowym zadaniem Spoelstry jest teraz zatamowanie hurraoptymizmu, w jaki można popaść po tak pewnej wygranej nad jednym z głównych rywali. Dziś Heat czeka zejście na ziemię - mecz ze słabymi New Jersey Nets. Trudniej będzie więc o koncentrację, gdy ma się świadomość swojej wyższości nad rywalem. Odpowiednia motywacja będzie czymś, co Spoelstra musi zaszczepić swoim graczom, jeżeli chce wygrać więcej niż 66 spotkań w tym sezonie. Przewaga własnego parkietu w PO  może okazać się bezcenna. Nie lekceważmy również Magic. Chociaż zostali wczoraj poniżeni, o czym mówił Marcin Gortat, to wciąż są niezwykłą siłą ofensywną. Dwight Howard, pracując latem nad swoimi manewrami z legendarnym centrem Hakeemem "The Dreamem" Olajuwonem, poczynił niebywałe wręcz postępy w grze przodem do kosza. Chciałbym poświęcić mu osobny akapit, ponieważ był wczoraj fantastyczny. W końcu zaczyna wyglądać jak koszykarz, a nie kulturysta obdarzony nadludzkim warunkami fizycznymi. W końcu pokazuje coś więcej niż siłę, którą odziedziczył w genach. W końcu gra tak, jak od niego oczekiwaliśmy. Teraz krytycy nie mają już podstaw do negatywnych opinii. Widzieliśmy kilka półhaków, bardzo efektywny rzut o tablicę z obrońcą na twarzy. Mniej było natomiast wsadów. Chociaż ich zabrakło, po raz pierwszy czuć było momentami prawdziwą dominację środkowego "Magii". Wczoraj wypadł nieźle, ale z czasem w sezonie będziemy go podziwiać nie mniej, niż graczy Miami. Pewnym usprawiedliwieniem dla Orlando może być fakt, że grali drugi dzień z rzędu. Różnica między zespołami była jednak zbyt wielka, by tłumaczyć team Van Gundy'ego. To miał być show Miami Heat i tak też się stało. Magic nie powinni przykładać zbyt dużej wagi do tej porażki, podnieść głowy i patrzeć w przyszłość, bo sezon regularny powinien być dla nich bułką z masłem. Aby jednak pokonać Miami w Play-Offs, muszą grać dużo lepiej niż obecnie.
Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp