Falstart Miami
"Zabawa z dawna oczekiwana" - tak brzmiał pierwszy rozdział Władcy Pierścieni: Drużyna Pierścienia, niezwykle popularnej powieści J.R.R. Tolkiena. Tak samo nazwać mogliśmy wczorajszy inaugracyjny mecz pomiędzy Miami Heat a Boston Celtics. Niestety w tym wypadku najlepszym podsumowaniem może być znane polskie przysłowie "z dużej chmury mały deszcz".
Przewidywania ekspertów sprawdziły się. Kilkadziesiąt sekund wspólnej gry to zdecydowanie za mało, by stworzyć drużynę z prawdziwego zdarzenia, nawet dla najwybitniejszych koszykarzy świata. A w koszykówce od zawsze zgrane ekipy wygrywały z indywidualnościami.
Nie ma co za bardzo wnikać w przyczyny porażki Miami Heat. Nie trzeba być fachowcem, by stwierdzić, że na taki rezultat wpłynęło to, że Wade był kontuzjowany i James zwyczajnie nie nauczył się grać obok niego. Ponadto "Flash" był zdecydowanie poza formą - widać brak ogrania, stabilności i rytmu meczowego, ale te przyjdą lada dzień. Wyraźnie dał się też odczuć brak Mike Millera, bo nikt nie rozciągał obrony. Brakowało mi także sportowej złości, która nakazywałaby utarcie nosa "Celtom", czyli tej słynnej "killer mentality".
Dała się zauważyć również słaba egzekucja zagrywek i ogólnie niezbyt wiele gry kombinacyjnej. To też efekt braku zgrania, ale i faktu, że James w faktycznych sytuacjach meczowych nie miał nigdy obok siebie kogoś takiego jak Wade czy Bosh. Czym innym jest rozrywkowa gra na treningach i ćwiczenie zagrywek, czym innym pewność odegrania do kolegi na otwartej pozycji na pełnej adrenalinie. Na tę pewność także trzeba jeszcze poczekać.
Eric Spoelstra musi natomiast nieco urozmaicić grę i wprowadzić trochę więcej ruchu piłką. Więcej też powinno zależeć od Carlosa Arroyo. Doskonale było widać, jakie spustoszenie siał w szeregach obronnych Miami wchodzący pod kosz Rajon Rondo. To schematyczne zagrania w pierwszej połowie naprawdę narobiło sporo szkód Heat, a potem trudno było im się pozbierać. Kiedy Rondo dodał do tego screen-n-roll z Shamroqiem w drugiej połowie - mieliśmy wszystko, czego dusza zapragnie. A w rogu Paul Pierce już tylko czekał, żeby znów trafić trójkę.
To zgranie, solidność i przede wszystkim egzekucja zagrywek zadecydowały o zwycięstwie "Celtów". Choć różnica wyniosła 8 punktów, gdyby brać pod uwagę samą kulturę gry, Boston był o wiele bardziej z przodu. Taka niska przewaga to zasługa świetnej drugiej połowy Jamesa.
Nie wiem jak Was, ale mnie mecz zawiódł. Poczucie klapy po pierwszej kwarcie, w której drużyna wyniesiona na ołtarze nie wyszła nawet z dziesięciu punktów zmusiła mnie wkrótce do wyłączenia tv i obejrzenia reszty w retransmisji. Dałem się złapać w balonik konsekwentnie pompowany od lipca przez marketingowców NBA. Przebiło go 6 strat Wade i Jamesa w pierwszych 15 minut, to było wręcz niesmaczne.
Spójrzmy też na to spotkanie z innej perspektywy. Czy dało nam ono odpowiedzi na pytania, które sobie stawialiśmy? Nieszczególnie. To Boston miał tu bardziej coś do udowodnienia niż Miami. Heat w końcu się zgrają i muszą zacząć wygrywać - to tylko kwestia czasu. Na Celtics patrzono pod innym kątem. Czy nie są za starzy? Czy Shaq pasuje do składu? Czy nie będą za wolni dla Miami? Nie byli. Boston pokazał, że nie żartuje i naprawdę na poważnie będzie chciał się włączyć do walki o Mistrzostwo NBA raz jeszcze.
Prawdziwy czas udowadniania wartości zespołów przyjdzie jednak w Play-Offs. To w końcu tylko pierwszy mecz sezonu, o którym być może za pół roku nie będziemy pamiętali. "To tylko jeden z 82" - mówił po meczu D-Wade. I miał rację. Także Doc Rivers tonował optymizm, bo wie, że Heat spełnią oczekiwania - "Oni będą wielcy w tym sezonie".
Dochodzimy więc do wniosku, że to spotkanie naprawdę było nieco przereklamowane i pozostawiło nas w dalszej niepewności. Niesamowite oczekiwanie było też na pewno spowodowane po prostu głodem najlepszej koszykówki świata, a taką z pewnością oglądaliśmy, patrząc wczoraj na generała Rondo rozbijającego defensywę Heat. Prawdziwa walka zacznie się jednak dopiero w kwietniu.