Polonia sensacyjnym zwycięzcą!
Od początku spotkania gospodarze, zdając sobie sprawę ze słabych punktów rywala, opierali swoją grę na silnym Ivanie Żigeranoviciu, który nie miał najmniejszych problemów w walce pod tablicami.
To po jego akcjach zgorzelczanie szybko objęli prowadzenie 9:2 i wydawało się, że przyjezdni w żaden sposób nie będą w stanie im zagrozić.
Nie minęły jednak dwie minuty, a Poloniści odrobili znaczną część strat i wynik zaczął oscylować wokół remisu. W dużej mierze było to zasługą bardzo aktywnego Hardinga Nany, który nieraz w pojedynkę przesądzał o losach akcji swojego zespołu. Zawodził natomiast ten, z którym kibice Czarnych Koszul wiązali największe nadzieje. Mowa o Darnellu Hinsonie, zdobywcy największej liczby "oczek" w poprzednim meczu Polonii. Rozgrywający rodem z USA tym razem nie dość, że nie był tak skuteczny, to wielokrotnie podejmował błędne decyzje, co nie przynosiło pożytku drużynie. Straty podopiecznych Wojciecha Kamińskiego momentalnie wykorzystał Turów, ponownie wychodząc na kilkupunktowe prowadzenie. Z dobrej strony w teamie ze Zgorzelca zaprezentował się także Torey Thomas. Filigranowy rozgrywający sprawiał mnóstwo problemów defensorom Polonii, którzy by go powstrzymać, musieli uciekać się do nieprzepisowych zagrań. Na niewiele się to jednak zdało, bo Amerykanin i tak dopinał swego, generalnie nie myląc się z linii rzutów osobistych. Tym samym, po 10 minutach gospodarze prowadzili 24:16 i Poloniści musieli zdecydowanie poprawić skuteczność, by myśleć o równorzędnej walce w kolejnych odsłonach.
W myśl tego, niezwykle waleczni gracze Polonii zaczęli grać o wiele bardziej odważnie w ofensywie, co wprowadziło chaos w szeregach zgorzelczan. Ponownie w rolę lidera zespołu wcielił się Nana, który wobec nieobecności Żigeranovicia w pierwszych minutach "ćwiartki", niemiłosiernie ogrywał powolnego Roberta Tomaszka. W tym momencie, Kameruńczyk miał na koncie już 14 punktów i nie zamierzał na tym poprzestawać. Ponadto, gdy w połowie kwarty, kilka razy dobrze pod koszem znalazł się Tony Easley, na tablicy świetlnej wynik był remisowy i trener Jacek Winnicki zmuszony był poprosić o przerwę. W kolejnych minutach, wydawało się, że jego gracze wyciągnęli wnioski z popełnianych błędów, bowiem zaczęli grać bardziej agresywnie w obronie, a dodatkowo, kilka punktów rzędu zdobył Konrad Wysocki. To były jednak tylko pozory. Stołeczni gracze, zaczęli wypracowywać czyste pozycje na obwodzie Łukaszowi Wichniarzowi, a ten odwdzięczył się im który czterema celnymi rzutami zza linii 6, 75 m, dzięki czemu, warszawianie już nie tylko dotrzymywali kroku rywalowi, ale też wyszli na prowadzenie 46:39, co był sporą niespodzianką. Taki wynik, z pewnością nie satysfakcjonował wszystkich związanych z klubem ze Zgorzelca i miejscowi, musieli zagrać w drugiej połowie zdecydowanie lepiej, by powstrzymać dwójkę najskuteczniejszych graczy Polonii i przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Po zmianie stron, obie ekipy skupiły się przede wszystkim na grze obronnej, co skutkowało dużą ilością niecelnych rzutów. Niemniej jednak, w tej fizycznej walce lepiej odnaleźli się przyjezdni, którzy nie tylko udanie bronili wypracowanej przewagi, ale też potrafili znaleźć drogę do kosza Turowa. Po efektownej penetracji Marcina Nowakowskiego i trzech punktach Wichniarza, Czarne Koszule w dalszym ciągu prowadziły w połowie kwarty różnicą sześciu punktów i nic nie wskazywało na to, by sytuacja miała ulec zmianie. Co prawda, nie można powiedzieć, że była to bezpieczna przewaga, lecz wobec kiepskiej postawy zgorzelczan, zawodnicy Polonii na pewno nie byli bez szans na utrzymanie korzystnego rezultatu. Kolejne minuty uciekały, a indolencja Turowa trwała w najlepsze. Dowodem tego, były liczne faule popełniane przez gospodarzy, na czym korzystali rywale. Z tego marazmu wyrwał się jedynie Marko Brkić, który zdobywając trzy punkty ponownie rozbudził nadzieję na korzystny wynik wśród miejscowych kibiców. Tyle tylko, że kilka sekund później tym samym wyczynem popisał się niezawodny Harding Nana i to jego zespół był bliżej końcowego zwycięstwa, prowadząc przed decydującą kwartą 64:58.
Nie zniechęciło to jednak do dalszej walki wspomnianego Brkicia, który na początku decydującej batalii znów zapisał na swoim koncie trzy punkty i dał sygnał swoim partnerom do odrabiania strat. Wszystko potoczyłoby się pewnie po ich myśli gdyby nie wręcz szalone rzuty Darnell'a Hinsona. Nieskuteczny jak dotąd rozgrywający warszawskiego zespołu nie pomylił się w ważnych momentach i dwukrotnie trafił ze znacznych odległości. Poloniści tym samym prowadzili na 6 minut przed końcem spotkania 76:68 i szansa na odniesienie przez nich pierwszego zwycięstwa w sezonie stała się bardzo realna. W ostatnich minutach gracze Turowa, nie mając nic do stracenia zaczęli bronić na całym boisku. Stołeczni koszykarze jednak, nadzwyczaj dobrze radzili sobie z taką presją i na niespełna 3 minuty przed końcem, wygrywali różnicą 9 "oczek". Zawodnicy Jacka Winnickiego, za dużo pudłowali w ważnych momentach i tym samym nie mogli pokonać niezwykle zmotywowanej Polonii, której za to spotkanie należą się wielkie gratulacje, zwłaszcza, że po raz pierwszy zdobyła komplet punktów. PGE Turów z kolei, nie popisał się w tym meczu i musiał uznać wyższość swojego przeciwnika. Jak to wpłynie na momentami zbyt pewnych siebie zawodników ze Zgorzelca? Miejmy nadzieję, że mobilizująco, bo wtedy korzyść odniesie cała liga. PGE Turów Zgorzelec 80:87 Polonia Warszawa (24:16, 15:30, 19:18, 22:23)