Zza kosza - subiektywny przegląd wydarzeń z parkietów TBL
Podsumowanie trzeciej kolejki Tauron Basket chciałbym zacząć od zdecydowanie najciekawszego meczu, jaki został rozegrany w Poznaniu, gdzie zmierzyły się dwie niepokonane jak dotąd drużyny. Miejscowy PBG Basket i Zastal Zielona Góra, bo o nich mowa przez cały mecz walczyły ze sobą jak równy z równym i konia z rzędem temu, kto w trakcie spotkania był w stanie przewidzieć jego zakończenie. Jak się okazało, do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka, w której lepsi okazali się goście. Pora zadać sobie pytanie, co sprawia, że podopieczni Tomasza Herkta po kolei odprawiają z kwitkiem ligowych rywali?
Uważam, że na pierwszym miejscu trzeba postawić nie same umiejętności, a charakter, który pokazuje wielkość zespołu w trudnych momentach. Właśnie ten czynnik okazał się być decydujący w końcówce regulaminowego czasu gry, kiedy to zielonogórzanie przegrywali różnicą 5 punktów. Niejeden na ich miejscu już spuściłby głowę i myślami był na drodze krajowej, prowadzącej do domu. Oni jednak, za sprawą nieomylnego Waltera Hodge’a doprowadzili do remisu i nie zamierzali na tym poprzestać.
„Team spirit!” – jakby to określił Pan Mirosław Noculak. Bo skoro Zastalowi udało się ugryźć ofiarę, to z jakiego powodu miałby odstąpić od uczty? Pozazdrościć takiego podejścia. A w dodatkowym czasie gry, popis swoich umiejętności dał wracający świeżo po kontuzji Tomasz Kęsicki i wszystko stało się jasne. Niepokonany Zastal może z czystym sumieniem rozpocząć świętowanie, byle nie przesadne, choć akurat gracze z Winnego Grodu mają większe powody do radości niż choćby Sławek Peszko… Ale wróćmy do koszykówki, bo koszykarzom PBG Basketu należy się wielka nagana. W poprzednich dwóch spotkaniach podopieczni Miliji Bogicevicia zaledwie wyszarpywali zwycięstwa, co było wyraźną przestrogą na przyszłość. Jak widać, wnioski z tego nie zostały wyciągnięte i za trzecim razem już się nie udało. I to pomimo, że poznaniacy zagrali bardzo podobnie jak w poprzednich dwóch kolejkach. Czego zatem zabrakło? Na pewno punktów mianowanego na lidera zespołu, Eddiego Millera. Amerykanin zdobył zaledwie 9 „oczek”, co raczej nie jest szczytem jego możliwości. Wyróżnić można za to Łukasza Wichniarza i Vladimira Ticę, lecz dwóch zawodników grających na dobrym poziomie to za mało jak na drużynę mającą medalowe aspiracje. To się, kurczę, porobiło Panie Bogicević…W innym meczu, który przyciągnął na trybuny rzeszę kibiców, górą Energa Czarni! Podopieczni Dainiusa Adomaitisa, choć nie bez problemów, zdołali wygrać z nieobliczalną Kotwicą Kołobrzeg i utrzymali tym samym pozycję lidera TBL. Trzeba podkreślić, że był to już trzeci z rzędu zwycięski pojedynek w wykonaniu słupszczan, więc raczej trudno już mówić o przypadku. Fantastyczne zawody rozegrał Cameron Bennerman, który umiejętnie korzystał z podań kolegów i zdecydowanie wyróżniał się, jeśli chodzi o ilość zdobytych punktów. Można przypuszczać, że jeśli nadmorski team utrzyma taką formę przez najbliższe miesiące, to rywalizacja o pierwsze miejsce z pewnością zrobi się ciekawsza. Ponadto, jest jeszcze jedna dobra wiadomość dla fanów ekipy Czarnych. Za tydzień przyjdzie im się zmierzyć z Polpharmą Starogard Gdański, która w tym sezonie nie zanotowała jeszcze żadnego zwycięstwa, więc bilans 4-0 po zaledwie trzech tygodniach zmagań jest jak najbardziej w ich zasięgu. A to, dałoby do myślenia działaczom pozostałych krezusów TBL. Kotwica natomiast, ponownie nie zasłużyła na to, by ją ganić za porażkę. Tyle że, trudno też w nieskończoność chwalić za pozostawione po sobie dobre wrażenie, skoro wymiernych korzyści z tego tytułu brak. Największym i chyba jedynym mankamentem zespołu Dariusza Szczubiała są przestoje, jakie kołobrzeżanie notowali dotychczas w każdym meczu, a piątkowy wieczór nie był pod tym względem inny. Przegrana 29:16 pierwsza kwarta nie pozwoliła im w pełni rozwinąć skrzydeł i już po raz drugi w tym miesiącu musieli uznać wyższość rywala. Gdyby jednak, czysto teoretycznie założyć, że takowych momentów „Czarodzieje z Wydm” potrafiliby się wystrzec, nie trudno zgadnąć, kto byłby dziś na pierwszej pozycji w tabeli…Anwil, który nie tak dawno przegrał z PGE Turowem Zgorzelec, miał wielką ochotę na zwycięstwo i przypodobanie się swoim kibicom. Trudno też o lepszą okazję do tego, bowiem do Włocławka zawitał ostatni w tabeli AZS Koszalin. Jak się jednak okazało, gospodarze musieli do ostatnich sekund męczyć się z outsiderem rozgrywek, a styl ich gry pozostawał wiele do życzenia. Wśród podopiecznych Igora Griszczuka nie zawiedli, co prawda, Eric Hicks, Nikola Jovanović i powracający po kilkuletniej przerwie do zespołu z Kujaw Chris Thomas, lecz mimo to, nie należy wysuwać wielce optymistycznych wniosków. A to z racji tego, że V-ce Mistrzowie Polski po raz kolejny nie zagrali na miarę swoich możliwości i wobec narastającej konkurencji można się zastanawiać czy będą w stanie powtórzyć sukces z poprzedniego sezonu, jakim było dotarcie do wielkiego finału. Ale do tego jeszcze sporo czasu. „Akademikom” natomiast, pozostaje po raz kolejny przełknąć gorycz porażki, chociaż tym razem, już pod wodzą trenera Karola, zanotowali zauważalny progres. Jaki? Ano, w poprzedniej kolejce przegrali różnicą 28 punktów, a teraz, dystans był cztery razy mniejszy. Czy to oznacza, że nadchodzą lepsze czasy dla zdobywcy Pucharu Polski? Wiele będzie zależeć od tego, jak sami koszykarze poradzą sobie z presją wyników. Pocieszające jest jednak to, że tacy gracze jak Damien Kinloch czy Tomasz Śnieg notują coraz lepsze występy i koszalińskim kibicom pozostaje mieć nadzieję, że reszta drużyny pójdzie w ich ślady.W Tarnobrzegu niespodzianki nie było, choć do przerwy gospodarze nadspodziewanie dobrze radzili sobie z Asseco Prokomem. Podopieczni Zbigniewa Pyszniaka od pierwszych minut tak rzucili się na gdynian, jakby od tego meczu zależało ich życie. W tej wariackiej taktyce był jednak pewien cel. Gdyby koszykarzom z Podkarpacia udało się wypracować dużą przewagę, potem mogliby liczyć na to, że gdynianom nie uda się ich dogonić. Świetny mecz rozgrywała, bowiem trójka Amerykanów: Louis Truscott, Kevin Goffney i Stanley Pringle, a miejscowi kibice, z pewnością byli mocno podekscytowani takim rozwojem wydarzeń. Prawda jest jednak taka, że wyrównana walka toczyła się tylko dlatego, że w ekipie Mistrza Polski, na miarę swoich możliwości grał jedynie Bobby Brown. Po zmianie stron, gdy do ulubieńca trójmiejskiej publiczności dołączyli Filip Widenow i Adam Hrycaniuk widać było, który tercet jest bardziej wartościowy. Przez ostatnie 20 minut, goście urządzili sobie taki poligon, że gracze Siarki w żadnej sposób nie umieli się temu przeciwstawić. Jaki był tego końcowy efekt? Wszyscy widzieli. Nawiasem mówiąc, ciekawy jestem kiedy wspomniany Adam Hrycaniuk zaliczy kolejny występ na tak dobrym poziomie? Sądzę, że nieprędko.W jedynym niedzielnym spotkaniu Trefl Sopot zrobił to, czego od niego oczekiwano, czyli pewnie pokonał Polpharmę. Przed tym meczem nastroje w ekipie Karlisa Muiznieksa nie były najlepsze, a to za sprawą ostatniej porażki z Kotwicą Kołobrzeg. Tym razem, o przegranej nie mogło być mowy z dwóch powodów. Po pierwsze, „Kociewskie Diabły” jeszcze w tej edycji rozgrywek nie wygrały, po drugie, kolejna strata punktów znacznie oddaliłaby sopocian od czołówki. Jednak w ekipie Trefla doskonale zdawali sobie z tego sprawę, walcząc o korzystny rezultat do samego końca. Podobać się mogła zwłaszcza ostatnia kwarta wygrana przez gospodarzy różnicą 15 punktów. Nie bez znaczenia pozostaje też postawa Adama Waczyńskiego, który wreszcie wstrzelił się w kosz i spełnił tym samym oczekiwania Filipa Dylewicza, który otwarcie stwierdził, że taki zawodnik jak Adam po prostu musi być skuteczny. Wobec tego, jeśli koledzy z zespołu Dylewicza tak łatwo wcielają w życie jego publicznie wypowiadane życzenia, to proponuję, by Filip zajął stanowisko Media Managera klubu. Poza tym, kolejny dobry mecz rozegrał dokooptowany do zespołu w trakcie sezonu Giedrius Gustas. Litewski rozgrywający, robił dokładnie to, czego od niego wymagano, czyli dyrygował grą zespołu, a oprócz tego, co chwilę punktował z półdystansu. Tyle dobrego nie da się powiedzieć natomiast, o koszykarzach ze Starogardu, którzy po raz kolejny okazali się gorsi od swojego rywala. Trenera Pawła Turkiewicza czeka zatem nie lada wyzwanie, żeby wyciągnąć swoją drużynę z kryzysu i sprawić, by w końcu zaczęła wygrywać. Wydaje się, że główną przeszkodą w dążeniu do tego celu jest jakość zawodników Polpharmy. Trudno bowiem żądać, by Adam Metelski czy Karol Szpyrka poprowadzili swój team do zwycięstw, skoro nie pomógł nawet Robert Skibniewski, zwolniony kilkadziesiąt godzin wcześniej z Anwilu. Tym samym, „Farmaceuci” muszą podjąć wszelkie starania, by jak najszybciej odbić się od dna, bo z każdym kolejnym tygodniem będzie to coraz trudniejsze.