Zza kosza - subiektywny przegląd wydarzeń z parkietów TBL
Tomas Pacesas wolał nie ryzykować. W pierwszym meczu drugiej kolejki Turon Basket Ligi, Mistrzowie Polski wystąpili przeciwko Polonii Warszawa w najsilniejszym składzie i pewnie wygrali 81:53. Wysokie zwycięstwo z pewnością poprawiło humory w trójmiejskim klubie po wielokrotnie wspominanej przeze mnie nieudanej inauguracji w Zielonej Górze.
Wtedy to, dublerzy Asseco Prokomu nie sprostali miejscowemu Zastalowi i zachodziła obawa, że jeśli nadal będą oni stanowić o obliczu siedmiokrotnego Mistrza Polski w rozgrywkach ligowych, to wyniki mogą nie być satysfakcjonujące. Na szczęście w najbogatszym polskim klubie doskonale zdali sobie z tego sprawę i dzięki temu nie tylko pewnie zdobyli dwa punkty, ale też stworzyli ciekawe widowisko. I nawet, jeżeli w założeniu włodarzy Asseco Prokomu jest jedynie zajęcie po sezonie zasadniczym miejsca premiowanego uczestnictwem w fazie play-off, to jednak marka, zbudowana w minionej dekadzie do czegoś zobowiązuje. Wobec takiej postawy gospodarzy, gracze Polonii nie byli w stanie nawiązać równorzędnej walki. No może poza Darnellem Hinsonem, który zdobył w sumie 22 punkty i mimo beznadziejnej sytuacji swojego teamu, nie rezygnował z dalszej walki. Brawo! Tyle tylko, że jeden Hinson całych zawodów nie wygra. A co gorsza, już w najbliższej przyszłości Poloniści zmierzą się z PGE Turowem Zgorzelec i prawdopodobnym jest, że już za nieco ponad tydzień warszawianie będą się legitymować bilansem 0-3, jeśli chodzi o ligowe zwycięstwa.
W miniony weekend, swoich kibiców zadowolił też Zastal, który gładko ograł w Zielonej Górze innego, ekstraklasowego debiutanta, Siarkę Tarnobrzeg 80:58. Gospodarze, którzy przez wielu określani są, jako jeden z ciekawszych zespołów ligi rozegrali dobre zawody i znaleźli się tym samym w bardzo komfortowym położeniu. Postacią wiodącą w ekipie Tomasza Herkta znowu okazał się być Walter Hodge, któremu wtórował center, Chris Burgess. Słabiej natomiast zaprezentował się Żarko Comagić, ale jednym gorszym występem nie należy się sugerować. Serb zdążył już w tym sezonie udowodnić, że jest wartościowym graczem i jestem przekonany, że w kolejnych meczach nie zawiedzie. Biorąc pod uwagę całokształt, ekipa z Winnego Grodu ma dużą szansę zostać solidnym ligowcem na lata. Jeśli dodać do tego, że takowych zespołów mamy w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce jak na lekarstwo, to należy się tylko cieszyć. Siarka natomiast, znajduje się zupełnie na innym biegunie. Podopieczni Zbigniewa Pyszniaka nie zaprezentowali nic, co mogłoby utkwić pamięci i w niemal każdym elemencie odstawali od zielonogórzan. Za wyjątkiem strat. Podkarpaccy gracze aż 22 razy podawali wprost w ręce przeciwnika, co znalazło odzwierciedlenie w końcowym rezultacie. Podsumowując, w moim ostatnim felietonie napisałem, że jedyne miejsce spadkowe w TBL przeznaczyłem właśnie dla Siarki i tą tezę jak najbardziej podtrzymuje. Aha, jeszcze jedno. Chyba najbardziej doświadczony koszykarz w drużynie z Tarnobrzega, Marek Miszczuk stwierdził po meczu, że teraz należy wyciągnąć wnioski z poniesionej porażki i za tydzień zagrać o wiele lepiej z Asseco Prokomem. Mimo szczerych chęci, nie wróżę jednak sukcesu.
Milija Bogicević nie okazał się miłosierny dla swoich byłych fanów. Przynajmniej w trakcie meczu. W Starogardzie, gdzie PBG Basket mierzył się z miejscową Polpharmą wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie. W pewnym momencie wydawało się, że miejscowym już nic nie może odebrać zwycięstwa, lecz końcowe minuty należały do poznaniaków, którzy ostatecznie wygrali 82:78. Zdobycie kompletu punktów na pewno cieszy, ale pozostaje pewien niedosyt. Mianowicie już drugi mecz z rzędu, drużyna z Wielkopolski rozstrzyga dopiero w samej końcówce, mimo, że w obu przypadkach rywal nie był z górnej półki. Działacze klubu, jak sami przyznają, nie spodziewali się tego, że co tydzień do ostatnich sekund w oczy będzie zaglądać im widmo porażki. Jeśli nic się w tej kwestii nie zmieni, trener Bogicević i jego gracze mogą w przyszłości nie mieć już tyle szczęścia. „Kociewskie Diabły” natomiast, choć miały wielki apetyt na odniesienie sukcesu, znów muszą obejść się smakiem. Znów, bo poprzednim razem, w podobnych okolicznościach uległy tarnobrzeskiej Siarce i zamiast dwóch wygranych, zamykają tabelę razem z Polonią Warszawa i „akademikami” z Koszalina. Trenera Pawła Turkiewicza niewątpliwie czeka pracowity tydzień…
Ostatnim razem byli blisko wygranej, teraz, to oni cieszyli się z pierwszego zwycięstwa w tym sezonie. Mowa o Kotwicy Kołobrzeg, która dzięki swojemu superstrzelcowi w postaci Teda Scotta pokonała Trefl Sopot 74:68. Jeśli ktoś myślał, że dobry występ zarówno wspomnianego zawodnika jak i całej drużyny z Kołobrzegu przeciwko PBG Basketowi był tylko przypadkiem, to grubo się pomylił. Kołobrzeżanie bez najmniejszych kompleksów wykorzystywali w meczu z Treflem swoje największe atuty i to okazało się kluczem do zdobycia kompletu punktów. Tym samym, trener Dariusz Szczubiał staje się już niemal specjalistą od budowy drużyn, których główna siła tkwi w celnych rzutach z dalszych odległości od kosza. Ponadto, wszyscy koszykarze, mimo pełnienia odmiennych ról, doskonale ze sobą współpracują i jak widać, efekty przynosi to znakomite. Warto dodać, że Scott, po dwóch kolejkach prowadzi w klasyfikacji najlepszych strzelców ze średnią 29 punktów na mecz. A pomyśleć, że niespełna rok temu Andrzej Kowalczyk pozbył się tego zawodnika ze Sportino. Rozczarował za to Trefl. Po rozgromieniu AZS-u Koszalin różnicą ponad 30 punktów chyba każdy stawiał podopiecznych Karlisa Muiznieksa w roli faworyta. Jak się okazało, mająca ambitne plany drużyna z Sopotu przegrała trzeci z ostatnich czterech meczów (wliczając te, w europejskich pucharach) i póki co, musi ciężko pracować nad odbudowaniem reputacji. Na domiar złego, dowodzeni na parkiecie przez Filipa Dylewicza sopocianie, zdobyli w trzeciej kwarcie zaledwie 8 punktów i wyglądali na ubogich krewnych swoich rywali. Wobec tego, trudno było myśleć o pokonaniu rozpędzonej Kotwicy. Jak widać, huczna przedsezonowa prezentacja i obecność w mediach nie wystarczy, by stać się ligowym potentatem.
W starciu rywali z górnej półki górą okazał się PGE Turów Zgorzelec, który na własnym parkiecie pokonał Anwil Włocławek 83:79. Ten mecz był chwilą prawdy dla podopiecznych Jacka Winnckiego, którzy w poprzedni weekend polegli w Słupsku. Jak się okazało, gospodarze zdali egzamin celująco, a do wygranej w dużej mierze przyczynił się Ivan Koljević. Rozgrywający rodem z Czarnogóry, mimo, że na parkiecie przebywał zaledwie 20 minut, to zdobył w tym czasie 21 punktów i sprawiał mnóstwo problemów defensorom z Włocławka. Przechodząc do drużyny z Kujaw, na wejściu muszę powiedzieć, że winnym porażki jest Igor Griszczuk. Oglądając końcowe minuty tego pojedynku, przed oczami miałem wyjazdowe mecze reprezentacji Polski z sierpniowych eliminacji. Wtedy to, od wygranej dzieliły naszą kadrę sekundy, a jednak nerwowe reakcje (albo ich brak) trenera Griszczuka oddalały nas od triumfu. W nadgranicznym mieście, sytuacja była niemal identyczna, z tą różnicą, że ostatecznie poszkodowani są tylko Ci, z kręgu Anwilu, a nie cały naród. Jeszcze kilka minut przed końcem na prowadzeniu byli, bowiem włocławianie i wystarczyło jedynie kontrolować sytuację do ostatnich sekund. To było jednak, za dużo jak na drużynę grającą w europejskich pucharach i prowadzoną przez selekcjonera reprezentacji. Nawiasem mówiąc, ciekawe, ile jeszcze podobnych momentów musi się zdarzyć, by Białorusin nauczył się wygrywać spotkania „na styku”.
Ostatni mecz kolejki był niemal kopią tego, sprzed tygodnia w wykonaniu Trefla Sopot i AZS-u. Tyle tylko, że w roli czempiona tym razem wystąpiła drużyna Energi Czarnych. Słupszczanie w niedzielnym pojedynku ani przez moment nie pozostawili złudzeń, kto jest lepszy na parkiecie i pokonali koszaliński zespół 103:73. Podobać się może fakt, że w ekipie Czarnych aż sześciu graczy przekroczyło barierę 10 punktów, co świadczy o wyrównanej kadrze, jaką dysponuje trener Adomaitis. Jak ważny to czynnik, nikogo nie trzeba uświadamiać. Tym samym wydaje się, że ekipa ze Słupska coraz odważniej puka do ligowej czołówki i wydaje się, że nic nie stoi na przeszkodzie, by ponownie walczyła o medale. Dobrego słowa nie można powiedzieć, za to o drużynie z Koszalina. „Akademicy” już drugi raz przegrywają z kretesem i niewiele wskazuje na poprawę całej sytuacji. Poprzednicy, co prawda, zdobywając Puchar Polski wysoko zawiesili poprzeczkę, ale nie oznacza to, że takie wyniki będą w klubie tolerowane. Póki co, próżno oczekiwać jakichś radykalnych zmian, ale jeśli AZS w dalszym ciągu będzie jedynie „drużyną do bicia”, różne rzeczy mogą się wydarzyć.
Na kolejny mecz Tauron Basket ligi kibice będą musieli poczekać do najbliższej soboty. Najciekawiej zapowiadają się pojedynki Słupsku, gdzie Enegra Czarni podejmą nieobliczalną Kotwicę Kołobrzeg i w Poznaniu. Do stolicy Wielkopolski przyjedzie, bowiem lider rozgrywek, Zastal Zielona Góra.