Grali w Polsce

Dodano: 9 października 2010 19:33
Grali w Polsce
Hubert Krzywda, Informacja własna
MediaWiki

Sezon PLK można uznać za rozpoczęty. My, jako kibice koszykówki w Polsce wyrażamy głęboką nadzieję, że basket wróci powoli do łask TV i będzie częściej i o normalnych porach pokazywany na szklanych ekranach.

Ale tym razem nie o tym. Chcę napisać parę słów o graczach, którzy występowali kiedyś na polskich parkietach, a którzy w ogóle nie powinni się pojawić u nas, tylko grać do końca swoich karier w NBA. Z różnych przyczyn ta sztuka się im nie udała. Głównymi czynnikami wpływającymi źle na ich kariery były nałogi, wypadki, ale także i szczere lenistwo.

La Bradford Smith

Karierę rozpoczął w 1991 roku broniąc barw Washington Bullets. Spędził tam trzy sezony, następnie wylądował w Sacramento Kings. Tam kariery już nie zrobił, a potem grał w lidze CBA by w 1996 roku udać się do Europy i grać sezon w Hiszpanii i niecałe dwa w Polsce.

Czym zasłużył się ten mierzący 191 cm wzrostu obrońca, żeby dzisiaj o nim wspominać? Otóż w 1993 roku zagrał swój najlepszy mecz w karierze przeciwko samemu Jordanowi, któremu rzucił 37 punktów, a na dodatek sprawił, że MJ miał ich tylko 25. Oto co po tamtym meczu powiedział Jordan:

Dla mnie była to bardzo wstydliwa sytuacja. Ewidentnie nie doceniłem go, a on jest z pewnością zdolny do ustanawiania takich wyników i zrobił to. W ofensywie nie miałem problemów, ale on wyzwolił we mnie chęć poprawienia gry obronnej, więc będę musiał się poprawić. Z niecierpliwością czekam na te wyzwanie.

I udało się Michaelowi zrewanżować. I to już następnego dnia, kiedy to obie drużyny wyszły naprzeciw siebie po raz kolejny. Jordan zapowiedział, że już w pierwszej połowie zdobędzie 37 "oczek". Sztuka ta prawie się udała, bo zdobył ich o jeden mniej. Ale całe spotkanie zakończył ze zdobyczą 47 punktów, przy zaledwie 15 Smitha.

Powiedziałem sobie, że skoro rzucił mi 37 pkt w piątek wieczorem, to ja rzucę mu tyle w pierwszej połowie. Zabrakło mi jednego punktu, bo pomyliłem się z linii rzutów wolnych w końcówce drugiej kwarty. Dlatego jestem na siebie wściekły. Nie mam żadnych pretensji do LaBradforda. Pokazał wszystkim, jakim jest dobrym zawodnikiem. W trakcie meczów było trochę uszczypliwości. Mówił mi, abym się ulitował, ochłonął i przestał tak rzucać. Ale przecież on nie przestawał dzień wcześniej, więc dlaczego ja miałbym zlitować się nad nim?

I to właściwie tyle jeśli chodzi o NBA. W sumie średnio notował w tamtym sezonie 92/93  - 9.3 pkt oraz 2.7 as na mecz. Potem sprzedano go do Kings, gdzie nie wzniósł się ponad przeciętność i więcej w NBA już go nie oglądaliśmy. Podobno notował dobre występy w CBA, potem jednak udał się do Hiszpanii by wreszcie trafić do Pruszkowa, gdzie był jednym z autorów jednego z najlepszych finałów PLK w historii. Wprawdzie przegranych przez jego Pekaes Pruszków ze Śląskiem, ale dla tej drużyny i jego samego świetnych. Sam jego przyjazd do Polski w trakcie już sezonu był sporym wydarzeniem i wiązał się z ogromnymi oczekiwaniami. Troszkę ociężały, ale na tle naszej ligi można powiedzieć, że się sprawdził. Przede wszystkim imponował spokojem i rutyną, chociaż sprawnością fizyczną i dynamiką już nie. Rok później trafił do...Śląska, gdzie zagrał kilka przyzwoitych spotkań na poziomie 10 pkt na mecz, lecz szybko rozstał się z Wrocławiem, gdyż jak nieoficjalnie się mówiło na trening przyszedł pod wpływem alkoholu i klub zrezygnował z jego usług.

Karierę zakończył w roku 2000 po sezonie w barwach Baltimore ByRunners w lidze IBL.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp