Podsumowanie sezonu zasadniczego NBA
Za nami 1 230 meczów sezonu zasadniczego, każda z trzydziestu drużyn rozegrała swoje 82 potyczki. W końcu rozwiązała się sprawa przede wszystkim ósmego miejsca na wschodzie, jak i układu par Playoff na zachodzie. Oczywiście nie obeszło się bez niespodzianek czy rozczarowań, ale taki już jest sport. Skoro wszystko jest już wyjaśnione, czas podsumować, ocenić wszystko i wszystkich.
Najlepszy bilans w całej lidze uzyskali Cleveland Cavaliers (61-21), którzy mogliby wygrać więcej meczów, gdyby potraktowali poważniej końcówkę sezonu, gdzie odpoczywali po zapewnieniu sobie prawa własnego boiska na cały post-season. Na drugim biegunie znajduję się drużyna New Jersey Nets, która przez cały sezon zapowiadała się na zapisanie w niechlubnej historii. Ostatecznie powalczyli w ostatnich meczach, w których powstrzymywali nawet drużyny czołówki ligi. Tym sposobem dalej drużyną z najsłabszym bilansem zostają Sixers z sezonu 1972-1973.
W końcu rozwiązała się sprawa Tyreke’a Evansa i związanych z nim magicznych, powtarzanych jak mantra liczb 20-5-5. Dokładniej mówiąc, ten zawodnik stał się czwartym w historii NBA graczem, który w swoim pierwszym sezonie notował średnio ponad: 20 punktów, 5 asyst i 5 zbiórek. Kim są pozostali trzej koszykarze ? LeBron James, Michael Jordan i Oscar Robertson. Jeżeli chodzi o argumenty dotyczące tego, dlaczego właśnie popularny „Reke” dostanie nagrodę Rookie of the Year, to oprócz wcześniej wymienionego, najbardziej przekonującego, warto nadmienić, że Evans był najrówniej grającym pierwszoroczniakiem, jak i swoją grą wyglądał na „starego wyjadacza”, najdojrzalszy z nowicjuszy NBA. Na wyróżnienie zasługuję też Stephen Curry (który też prezentował bardzo wysoki poziom swojej gry) i Brandon Jennings (który jest wymieniany jako największy konkurent do ROY, ze względu na to, że jako jedyny z tej czołówki wśród rookie, doszedł do Playoff i zanotował niesamowite 55 punktów w jednym meczy. Minusem koszykarza jest jednak bardzo słaba skuteczność.)
Kolejną emocjonującą sprawą była ta, związana z królem strzelców. Ostatecznie zgarnął ją Kevin Durant, który notował średnio około 30 punktów. Jednocześnie stał się najmłodszym zawodnikiem (21 lat i 197 dni) , który osiągnął najlepszy wynik w tej dziedzinie w całej lidze. Łącznie rzucił 2472 punkt w 82 meczach.
LeBron James wydaję się najlepszym kandydatem do nagrody MVP. Przez cały sezon (z wyjątkiem ostatnich meczy) grał i niesamowicie pomagał swojej drużynie osiągnąć najlepszy bilans. Notował średnio: 29.7 punktów (2 miejsce w lidze), 8.6 asyst (6 miejsce), 7.3 zbiórek i 1 blok. Ponad to grał na skuteczności 50% z gry, zanotował 31 double-double i 4 triple-double. Stał się też najmłodszym graczem, który zdobył 15 000 punktów. Tyle jeżeli chodzi o argumenty liczbowe. Kandydata najlepiej też wyłonić w pojedynkach bezpośrednich, a przecież James wygrał z Bryant’em dwa pojedynki, z Durantem też dwa, w tym raz blokując mu game-winner’a. Ciężko natomiast zestawić go z Howardem, ale ten słabo zaczął początek rozgrywek, a nagroda należy się graczom za cały sezon.
Skoro mowa już o podstawowym centrze Magic warto pomówić o nagrodzie Defensive Player of the Year. Kolega Gortata notował najwięcej bloków i zbiórek w całej lidze, a sama jego obecność w strefie podkoszowej, odciągała rywali na półdystans. Co może spotkać zawodnika atakującego obręcz bronioną przez Dwighta? Najlepiej wie o tym Derrick Rose, który próbował dwa razy i za każdym razem kończył z kontuzją. Do indywidualnych osiągnięć warto dodać, że jest pierwszym zawodnikiem, który liderował w ilości bloków, zbiórek i skuteczności z gry. Do historii zapisał się także jako drugi w historii zawodnik (obok Wilta Chamberlain’a) z dorobkiem ponad 30 punktów i 15 zbiórek, rzucając przy tym bez pomyłki z gry (skuteczność 100%).
Jeżeli chodzi o Nagrodę Most Improved Player to tu, co może być dla niektórych niespodzianką, najlepszym kandydatem jest Aaron Brooks. Rozgrywający Rockets wziął na siebie funkcję lidera drużyny wobec braku Yao Ming’a czy T-Mac’a. Wyszło mu to nieźle, a nawet bardzo dobrze. Drużyna z Houston przez większość sezonu, w dodatku na trudnym zachodzie, walczyła o Playoff. Walczyli, a spisywani byli na straty bez swoich dwóch podstawowych graczy. Sam Brooks dostawał w tym sezonie około 10 więcej minut, polepszył swoją skuteczność z gry jak i zza łuku, notując przy tym blisko 9 punktów i 2 asysty więcej w porównaniu do poprzedniego sezonu. W obecnym sezonie trafił najwięcej „trójek” wśród wszystkich zawodników (łącznie 209). Głównie dzięki niemu Rakiety dzielnie przeciwstawiali się głównym siłom ligi. Wielu się zastawia pewnie czemu nie Durant. Jego progres statystyczny nie jest aż tak duży jak u Brooks’a (skrzydłowy Thunder przy średnio takim samym czasie gry, notuje 5 punktów więcej, gra na troszeczkę gorszej skuteczności, a reszta statystyk jest podobna w porównaniu do poprzedniego sezonu), a i Kevin już w poprzednim sezonie pokazywał, że należy do czołówki ligi. W tym sezonie dołączył już „tylko” do elity zawodników ligi.
Na nagrodę Sixth Man of the Year zasługuje Jamal Crawford, który wchodząc za każdym razem z ławki, notował po 18 punktów. Warto podkreślić, że te punkty to zazwyczaj bardzo ważne „oczka” w końcowym czasie lub nawet i game-winner’y, które nie raz dawały wygraną Hawks. Dawał Jastrzębiom niesamowite wsparcie jako rezerwowy i swoją dobrą postawą wywalczył swój pierwszy w karierze awans do Playoff, gdzie dalej może pokazywać swoją wartość i wygrywać wyrównane mecze. Jest też drugim strzelcem drużyny z Atlanty, a przecież ani razu nie wychodził w pierwszej piątce. Kolejnym pozytywem jest jego markowe zagranie, czyli specjalność w rzutach za 4 (3+1, żeby wyjaśnić niejasność), nikt nie miał ich więcej niż Crawford, a sam gracz dalej nie złożył broni i zamierza dalej pobijać swój własny rekord.
Statuetkę Coach of the Year powinien otrzymać Scott Brooks z Thunder. Zrobił z tą drużyną to, co należało z nimi zrobić, czyli wykrzesać energię młodych i poukładać tak, żeby gra była dla nich jak najlepszą zabawą i przyjemnością. Efektem czego, jest szybka i efektowna gra Grzmotów, która już nie jednym przysporzyła kłopotów. Dzięki temu, po raz pierwszy po przenosinach z Seattle, do Oklahoma City zawitają Playoff. Thunder polepszyli bilans 23-59 z poprzedniego sezonu na 50-32 i stali się 8. drużyną zachodu, a przy szczęściu i większej konsekwencji mogliby się uplasować parę pozycji wyżej. Na niekorzyść Brooks’a działa słaba umiejętność ułatwienia drużynie końcówek poprzez rozrysowanie zagrywek. Pomogłoby to łatwiej odnieść zwycięstwa albo uniknąć niektórych porażek. Może to być kluczowe w postseason. Thunder to jednak bardzo młody zespół, którzy mogą się jeszcze wiele nauczyć i walczyć o główne cele.
All-NBA First Team to według mnie: Steve Nash, Dwayne Wade, Kevin Durant, LeBron James, Dwight Howard. Rozgrywającego rozlicza się przede wszystkim z asyst, a właśnie Nash notuje ich najwięcej w tym sezonie, podobną średnią osiągał w sezonach, kiedy to zostawał MVP. Wade znowu był zawodnikiem niezwykle wpływowym dla swojej drużyny, a swoją formą w końcówce sezonu, pomógł wyjść Heat z 9. miejsca wschodu na 5. pozycję. Czemu właśnie Flash’a wybrałem na rzucającego obrońcę najlepiej wyjaśnić, zestawiając go z największym konkurentem czyli Bryant’em (pewnie wielu się dziwi czemu to nie on). Bryant przez wiele meczy sezonu starał się bardzo dużo rzucać z gry, a mankamentem była bardzo słaba skuteczność, spowodowana słabymi pozycjami do rzutu czy trudnymi próbami (efektem jest najgorsza skuteczność od sezonu 2005-2006). Wiemy, że często nie miał wsparcia od kolegów, ale nawet otwarty rzut dla innego zawodnika jest chyba lepszy nic arcytrudny dla Bryant’a (przy jego aktualnej formie i zdrowiu, bo wiemy, że nie raz pokazywał, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych). Na korzyść dla Kobe’go są oczywiście jego game-winner’y, ale w mojej opini to Wade bardziej zasłużył na tą pozycję przy całym szacunku dla „Black Mamby”. W tej piątce brakuje nominalnego skrzydłowego, ale zarówno James jak i Durant zasługują na bycie najlepszą parą skrzydłowych ligi. Wyjaśniać tego nie trzeba, podobnie jak osadzenie Howarda na „piątce” nie wymaga wyjaśnień.
All-Defensive First Team powinien wyglądać następująco: Rajon Rondo, Arron Afflalo, Ron Artest, Shawn Marion i Dwight Howard. Najlepszym wyjaśnieniem, czemu Rondo jest jego liderowanie wśród przechwytów w całej lidze. Afflalo w Nuggets, która nie jest za bardzo defensywną drużyną, robił kawał dobrej roboty, nie raz powstrzymując czy to Bryant’a czy Wade’a. Artest mimo nie najlepszej formy udowodnił, że dalej to on jest jednym z najlepszych (o ile nie najlepszym) defensorów ligi. Mimo czasem nieudanych prób powstrzymywania lidera przeciwników, to w większości przypadków mu się to udawało, np. zdominowanie Melo podczas meczu w Los Angeles czy świetne przechwyty od Bonnera podczas meczu w San Antonio to tylko najmocniejsze argumenty. Defensor to zawodnik który czasem musi zostać wręcz upokorzony(jak np. przez spin-move Evansa), ale tylko po to, aby na następny raz być jeszcze bardziej zmotywowany do skupienia się w defensywie i walki o piłkę. Po udanym przechwycie zawodnik atakujący traci już swoją pewność i wtedy zaczyna się bojaźliwa gra, okupiona stratami. W większości meczów Artest’owi to się udawało, a zachwytu nie krył nawet Phil Jackson. Marion był nie raz ustawiany na matchupy z zawodnikami z nie swojej pozycji, tylko po to żeby wyłączyć ich z gry, a ta sztuka mu się zazwyczaj udawała. O centrze pisać już nie trzeba. Tyle jeżeli chodzi o indywidualne wyróżnienia.
Patrząc na zestawienie tabeli wschodu zaskakujące są pozycje Sixers i Pistons, które po zeszłorocznych występach w Playoff, obsadzają doły tabeli. W Filadelfii już wyciągnięto z tego konsekwencje w postaci zwolnienia trenera po sezonie. Martwi trochę postawa Boston Celtics, którzy mimo wysokiej lokaty, nie przypominają mistrzowskiej drużyny. Mam jednak nadzieję, że pokażą charakter w postseason, bo aktualna ich postawa nie napawa nadzieją. Cieszy natomiast coraz lepsza gra Hawks, którzy progresywnie od kilku sezonów polepszają bilans i dołączają do elity ligi. W czołówce niespodzianką są Bobcats jak i Bucks. Popularne „Bobki” są najlepiej broniącą drużyną w lidze, a to może się okazać kluczowe w Playoff. Problemem jest tylko spotkanie w pierwszej rundzie drużyny z Orlando. Jeżeli chodzi o drużynę z Milwaukee, to byli przez sezonem spisywani na straty ze względu na brak gwiazd czy też lidera drużyny. Motorem napędowym stał się rookie Jennings, coraz lepiej grający numer 1 draftu 2005 Andrew Bogut i transferowy "strzał w dziesiątkę" Salmons. Wraz z końcówką rozgrywek coraz mocniej nagłaśniane było hasło „Fear the Deer” wraz z lepszymi występami Kozłów. Może się to jednak bardzo osłabić w Playoff po ciężkiej kontuzji „jedynki” draftu, który był mocnym punktem szczególnie w obronie jak i pod koszem. Toronto Raptors w porównaniu z poprzednim sezonem są pewną niespodzianką, bo swoją grą zaczęli „pukać do drzwi” najlepszych ośmiu drużyn wchodu. Ostatecznie jednak sprawili problemy Bulls, którzy wygrali rywalizacje o ostatnie miejsce Playoff.
Tabela zachodu, szczególnie w końcówce sezonu, budziła największe emocje ze względu na ogromny ścisk i związana z nim, zmienność sytuacji. Ostatecznie pierwszą pozycję zajęli Lakers, których forma, szczególnie w końcówce, nie napawa optymizmem. Drugą lokatę zajęli Mavericks, którzy świetnie spisywali się wzmocnieni Butler’em i Haywood’em. Obecny skład i forma pozwala walczyć im o najwyższe cele. Ogromnym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę plagę kontuzji, są Trail Blazers. W niektórych momentach pojawiały się nawet teorie, że w klubie z Portland, zdrowy zawodnik to mit. Ci, nie przejmując się przeciwnościami grali swoje. Ostatecznie ugrali 6. lokatę, która przez pryzmat przeciwności jest wysoką pozycją. Pewien spadek zaliczyli Spurs, którzy po trzecim miejscu w poprzednim sezonie, spadli na siódme. Jednak forma w końcówce sezonu jest nadzieją w San Antonio. Ostrogi ten spadek „zawdzięczają” głównie dzięki swojej słabej postawie jak i włączeniu się do ścisłej czołówki Suns (rzucali zarówno z gry jak i za trzy na najwyższym procencie wśród wszystkich zespołów ligi) i Jazz(drużyna z największą średnią asyst), które to w porównaniu z poprzednim sezonem zrobiły postępy i mocną się liczą na trudnym zachodzie.
Drużyny, które stały się miłymi niespodziankami i osiągnęły przez to wymierne sukcesy są: Thunder, Rockets i Grizzlies. O Grzmotach było już pisane przy okazji trenera roku, ale krótką mówiąc, są drużyną z ogromnym potencjałem w postaci młodych zawodników, którzy już teraz po wcześniejszym słabym sezonie, stali się jedną z sił zachodu. Droga przed nimi otwarta i jeżeli utrzymają takie tempo progresu, możemy mieć okazję przyglądania się rozwijaniu drużyny na miarę mistrzowską. Rockets zaskoczyli wielu, którzy skreślali ich ze względu na kontuzje McGrady’ego i Yao Ming’a. Grę na swoje barki wzięli wspominany wcześniej Brooks, Ariza i Scola, a także ściągnięty później Martin. Dodać do tego zdrowego Yao i w Houston mogą mieć przyszłym sezonie powody do radości. Ogromną niespodzianką są też Grizzlies którzy z jednej z najsłabszy drużyn stali się ekipą grającą na bilansie około 50%. Ściągnięcie Randolpha przed rozpoczęciem sezonu wydawało się pomyłką ze względu na nierówność tego zawodnika. Z-Bo jednak gra sezon swojego życia i jest graczem zupełnie innym do tego, jakie były o nim wyobrażenia. Notuje średnio double-double, doczekał się występu w All-Star Game i razem z Gasolem stanowi bardzo mocną parę podkoszowych. Dodać do tego Thabeeta z niesamowitym warunkami fizycznymim Gay’a z Mayo na obwodzie i w Memphis mogą liczyć na bardzo solidną drużynę, która już w tym sezonie pokazała, że stać ją na wiele. Grizz udowodnili też, że FedEx Forum może być ich bardzo silną stroną w następnym sezonie, bo przecież jako gospodarze notowali u siebie długie serie zwycięstw, odprawiając przeciwników , często nie byle jakich, z niczym.
Jeżeli chodzi o największe rozczarowanie i niespełnione nadzieje to można wskazać na Wizards. Przed sezonem mówiono, że w stolicy buduję się drużynę na szczyty, że Arenas już zajmie się sprawami czysto boiskowymi i różne takie. Jak się jednak okazało, Czarodzieje byli najgorzej broniącą drużyną na obwodzie i nawet sam trener nie krył rozczarowania i krytyki. Wszystko ostatecznie posypało się po incydencie „Agent’a Zero”. Gwiazdy zespołu takiej jak Jamison czy Butler miały już dość i kiedy była okazja odeszli. Arenas zapowiada, że w następnym sezonie będzie innym zawodnikiem. Zmienia nawet z tej okazji numer. Pozytywem może być dobra gra Blatche’a, który jeszcze na dobre nie zaczął być gwiazdą, a już pokazuje trudny charakter i nie dopuszcza do siebie żadnej krytyki. Z takim zachowaniem może być mu trudno o większe sukcesy. Kolejną ekipą z nadzieją, po niezbyt udanym sezonie są Hornets. Kontuzja Chris Paul’a, w opinii wielu, skreślała Szerszenie z jakiejkolwiek walki o Playoff. Tymczasem rookie Darren Collison godnie, można nawet powiedzieć że bez różnicy, zastępował CP3. Collison ustanowił nawet rekord 20 asyst, który jest najlepszym wynikiem jaki kiedykolwiek uzyskał pierwszoroczniak. Jest to nadzieja w Nowym Orleanie na następny sezon, duet Paul-Collison może być najlepszą i zdecydowanie najszybszą parą obrońców w całej lidzie.
A jakie jest wasze zdanie jeżeli chodzi o indywidualne wyróżnienia i oceny całych zespołów? Z którymi opiniami się zgadzacie, a o których myślicie kompletnie odwrotnie?