Numer 1. draftu - ale czy zasłużenie ?
Dodano: 27 marca 2010 17:41
Autor: Tomasz Surowiecki, Informacja własna
Zdjęcie: WikiMedia
24. czerwca – data tegorocznego Draftu. Zanim jednak do tego dojdzie dzięki „NCAA Tournament” możemy się przyglądnąć niektórym z przyszłych rookie. Jest to bardzo ważny moment dla skautów, którzy już mogą tworzyć sobie listy z priorytetami. Najważniejsze jest to, że otrzymanie pierwszego numeru draftu może zmienić bieg historii ligi jak i klubu. Czasem jednak bywa, że na nadziejach i oczekiwaniach się kończy. Okazuje się, że „niższe numery” są lepsze od „jedynki”. Przypatrując się obecnej sytuacji, a bliżej Netsom z New Jersey. Jedyną ich walką, w dodatku niezbyt trudną jest walka o jak najlepszego zawodnika z draftu. Czy może to być ich nagrodą za kilka lat?Warto w tym miejscu przyjrzeć się graczom najwyżej rozstawionym w corocznej loterii: 2000, Kenyon Martin, Nets: Mimo złamanej nogi w ostatnim roku jego gry w Cincinnati, Nets nie zrezygnowali i wybrali go. Był to dobry wybór ze względu na to, że był to jeden z najsłabiej obstawionych draftów. Został wybrany przed kolejno: Stromile Swift, Darius Miles, Marcus Fizer, Mike Miller. Znajomość tych nazwisk mówi chyba wszystko o talentach ówczesnego draftu. Z wieloma kontuzjami K-Mart został w sumie tylko raz wybrany do meczu gwiazd to i tak wydaje się, że zrobił największą karierę wśród „kolegów z klasy”. 2001, Kwame Brown, Wizards: Został wybrany, kiedy to MJ był jeszcze udziałowcem w stołecznym klubie, co więcej był zwolennikiem wyboru tego zawodnika. I na tym, że Jordan pokładł swoje nadzieje w tym zawodniku się skończyło. Czterej wysocy gracze zajęli pierwsze miejsca w tamtejszym drafcie: Brown, Tyson Handler, Pau Gasol i Eddy Curry. Wśród nich Hiszpan z perspektywy czasu wydaje się być najlepszym wyborem. Chociaż Tony Parker, Gilbert Arenas albo Joe Johnson mogliby zgłosić przeciw. 2002, Yao Ming, Rockets: W tym przypadku pada pytanie z serii „Co by było gdyby…”, czyli zastanowienie się nad zdrowiem Chińczyka i jego operacjami. Sprawa wydawałaby się wtedy łatwiejsza do rozwiązania, a sam zawodnik mógłby być bardziej przydatny Rockets. „Jedynka” wydaje się zasłużona, ponieważ kolejne „pick’i” to: Jay Williams, Mike Dunleavy, Drew Gooden. Patrząc z biegiem czasu, aż dziw bierze, że zawodnicy za Ming’iem zostali wybrani z takimi wysokimi numerami, a Stoudemire z nr 9 czy Boozer z 34.2003, LeBron James, Cavaliers: Trzeba coś pisać czy wielokropek wystarczy ? Najbardziej zasłużony No. 1 w historii NBA. Sam draft był jednym z najlepszych. Inni wybrani w 2003 to: Wade, Bosh, Anthony. 2004, Dwight Howard, Magic: Magic nie łatwo było wybrać, decyzję podjęli dopiero w przeddzień draftu. Mieli jedno pytanie: Howard czy Okafor. Teraz wydaje się, że wybór udany, ale kiedy zawodnicy byli młodsi nie było łatwo przewidzieć. Ostatecznie Okafor udał się do Bobcats, a sam klub był zadowolony z tego, że ktoś wybrał za nich do momentu, kiedy Dwight udowodnił swoją wartość. 2005, Andrew Bogut, Bucks: Tak naprawdę ten zawodnik swoją wartość udowadnia teraz, pod koniec rozgrywek. Wcześniej wydawało się, że No. 1 dla niego był niezasłużony. Szczególnie z powodu tego, że Deron Williams czy Chris Paul znaleźli się za nim. Wydaję się, że to oni powinni dostać najwyższy numer. 2006, Andrea Bargnani, Raptors: Całkiem możliwe, że nigdy nie zostanie najlepszym graczem w swojej drużynie, a takie chyba powinno być zadania „jedynki”. Cały czas pozostaje w cieniu Chris’a Bosh’a, który powinien zostać wybrany z najwyższym numerem. Problemem było tylko to, że trafił na rok z bardzo utalentowanymi graczami. W tym momencie każdy może się dziwić czemu to właśnie Włoch został wybrany jako pierwszy, biorąc pod uwagę, że w tym samym roku wybierano też Brandon’a Roy’a nie wygląda na najlepszy wybór. 2007, Greg Oden, Blazers: W tym przypadku pojawia się kolejne pytanie „Co by było gdyby…” odnośnie zdrowia tego zawodnika. Jak dla mnie, kiedy jest zdrowy i gra udowadnia swoją prawdziwą wartość. Klub z Portland to jednak klub jakby z fatum kontuzji, a kontuzjogenny Oden poddał się temu fatum rozgrywając w obecnym sezonie 21 spotkań. Na pewno zasłużył na wysoki numer, ale zdecydowanym numerem jeden powinien być Kevin Durant. Być może Al Horford powinien też być wybrany wcześniej od zawodnika Blazers. 2008, Derrick Rose, Bulls: Bardzo zasłużony najwyższy numer. Jak na razie jako jedyny wśród „kolegów z klasy” został wybrany do All-Star Game. Już jest jednym z najlepszych rozgrywających NBA, a droga do końca kariery jeszcze długa. Jeżeli władze klubu z Chicago ściągną graczy do pomocy Derrick’owi to Bulls będą mogli walczyć o najwyższe cele. Warto zauważyć, że najwyżej rozstawienie byli gracze „niscy” czyli Rose, Beasley, Mayo i Westbrook. Pierwszym podkoszowym był Love z numerem 5. Patrząc na inne drafty jest to bardzo rzadka sytuacja. 2009, Blake Griffin, Clippers: Co można powiedzieć o graczu, który jeszcze nie zagrał ani jednego meczu w NBA? Nic. Miejmy nadzieje, że w następnym sezonie pokaże na co go stać Można tylko przypomnieć, że 2009 obrodził w przyszłościowych rozgrywających. Curry, Jennings i Evans, który notuje w swoim debiucie 20+ punktów, 5+ zbiórek i 5+ asyst. Takie statystyki w swoim debiutanckim sezonie do tej pory osiągnęli: Oscar Robertson, Michael Jordan i LeBron James. Więcej wyjaśniać nie trzeba, czemu to Evans powinien być numerem jeden. Widziałem nawet statystyki porównawcze rozgrywającego Kings i LBJ. Jeżeli dobrze pamiętam to tylko około 20% punktów Evans’a pada po asystach, dla porównania ponad 40% punktów James’a pada po podaniach od kolegów. Świadczy to przede wszystkim o kreatywności tego młodego gracza, jak i niestety braku wsparcia od zawodników z drużyny. Jak widać w ostatnich latach istnieje dziwna tendencja do wybierania wysokich, podkoszowych graczy. Wyjątkiem jest rok 2008 i 2003, kiedy lepszego wyboru po prostu nie było. Inne lata jednak pokazały, że wybór graczy z pozycji 4 i 5 nie jest słuszny. Prawdziwą wartość zawodnika pokazuje jednak NBA i zdarza się, że obiecujący gracze NCAA, gubią się w najlepszej lidze świata i stają się „niewypałami” zamiast świetnymi graczami na jakich liczono.