Celci jak dwa sezony temu
Boston Celtics wyraźnie podrażnieni niedzielną porażką z Cavaliers postanowili udowodnić, że potrafią grać skuteczny, zbilansowany atak i ciągle odnosić zwycięstwa, bez specjalnego wysiłku.
Był to grugi mecz z ostatnich czterech, w którym Celtics zapewnili sobie zwycięstwo już w pierwszej połowie wygrywając ją 64:35.
W tych dwóch meczach Celci pokazali, wspaniałą grę i jedynym problemem jest to, że te przekonujące zwycięstwa to mecze ze słabymi ekipami Indiana Pacers i dziś z Detroit Pistons. Jednak zwycięstwo 119:93 nawet nad taką ekipą jak Pistons zawsze podnosi na duchu.
"Po tym nieprzyjemnym wczorajszym meczu, musieliśmy udowodnić, że porafimy przekonująco wygrywać" - powiedział po meczu Rasheed Wallace.
To co pokazali Celci rzeczywiście zatarło nieco słabe wrażenie po meczu z najlepszą aktualnie ekipą NBA. Trzeba przyznać, że Boston dominował od pierwszego do ostatniego gwizdka zdobywając w kolejnych kwartach 31, 33, 25 i 30 punktów. Pistons ani na chwilę nie byli w stanie przeciwstawić się podrażnionym wcześnieszą porażką, niedawnym mistrzom NBA.
Aż siedmiu zawodników Celtów popisało się podwjną zdobyczą punktową a dwóch innych dołożyło po osiem punktów. Jeżeli do tego dodamy skuteczność z gry Celtów sięgającą niemalże 63% staje się jasne jak doszło do 26 punktowego "blow out".
Szczególnie cieszy postawa Michaela Finley'a, który zdobył 15 punktów miał cztery asysty. Wygląda na to, że ten weteran parkietów czuje sie dobrze w nowym otoczeniu i że w playoff może okazać się tak przydatny jak liczą na to w Bostonie.
Radość ze zwyciestwa nie trwała po meczu zbyt długo. Szybko pojawiły się opinie, że przed Celtami już tylko 20 meczów w sezonie zasadniczym i czas, aby drużyna zaczęłą grać na podobnym poziomie w każdym z pozostałych spotkań przed playoff.