Sportino w pierwszej lidze
Dodano: 12 marca 2010 22:43
Autor: Adam Popek, Informacja własna
Zdjęcie: WikiMedia
Pojedynek pomiędzy tymi dwoma zespołami na pewno nie stał na wysokim poziomie, ale emocji znów nie zabrakło. Kolejny raz byliśmy świadkami scenariusza, gdzie Znicz do przerwy przegrywa po słabej grze, a następnie goni rywala za wszelką cenę. Tym razem pościg nie był tak spektakularny, ale cel został osiągnięty. Jarosławianie, nie bez problemów, pokonali Sportino 67:60 i są bliscy ósmego miejsca w ligowej tabeli.
Ostatnimi czasy w Jarosławiu, mecz z reguły lepiej rozpoczynają przyjezdni. W piątkowym starciu nie było inaczej. Gracze z Inowrocławia zdobywali łatwe punkty spod kosza i szybko wyszli na prowadzenie. Wyraźnie niezorganizowana obrona Znicza miała problemy z powstrzymaniem ataków rywala. Widoczny na boisku był Wiaczesław Rosnowski, który odgrywał pierwszo planowe role w kilku elementach na raz. Zawodnik rodem z Kazachstanu był trudny do upilnowania z racji swojej wszechstronności, którą już nie raz prezentował. Gospodarze natomiast, pudłowali zbyt dużo rzutów z gry. Ich akcje były wielokrotnie nieprzemyślane, co decydowało o słabej skuteczności. Przeciwnicy, co prawda, także nie grzeszyli skutecznością, jeśli chodzi o rzuty z dystansu, ale potrafili zebrać piłkę po swoich niecelnych rzutach, czym zdecydowanie przewyższali rywala. W końcówce kwarty Znicz wyrównał dzięki akcjom Dariusza Wyki i Dawida Witosa. Przez to, po 10 minutach gry, oba zespoły miały równe szanse na wygraną. Przez pierwsze pięć minut gry drugiej części meczu, miejscowi nie byli w stanie znaleźć drogi do kosza rywala. Gdy ich niemoc trwała w najlepsze, inowrocławianie powoli powiększali swoją przewagę dzięki szybkim kontrom zapoczątkowanym… niecelnymi rzutami graczy Znicza. Poziom gry, jaki prezentował zespół z nad Noteci nie był olśniewający, ale wystarczał do tego, by zdystansować przeciwnika. Trzeba uczciwie przyznać, że prowadzenie w meczu zawdzięcza fatalnej dyspozycji swojego oponenta. Wiadome było, bowiem, że gdyby drużyna Dariusza Szczubiała grała na swoim normalnym, wysokim poziomie, to o jakiejkolwiek przewadze nie byłoby mowy. Sytuacja uległa nieco zmianie, gdy na parkiecie pojawił się Michał Moralewicz. Ten młody rozgrywający pokazał już w tym sezonie, że jest graczem o nieprzeciętnych zdolnościach i wniósł sporo ożywienia w grę swojego teamu. Gdyby jego koledzy byli trochę bardziej skuteczni Znicz bez problemu byłby na prowadzeniu, a tak musiał uznać wyższość rywala i do przerwy przegrywał czterema punktami. Od pierwszych sekund drugiej połowy, jarosławski zespół zabrał się do odrabiania strat. Taki rozwój sytuacji był do przewidzenia, ale niespodziewanie „odpalił” Quinton Day. Zawodnik, który jeszcze kilka miesięcy temu występował w hali przy ulicy Sikorskiego zdobył dwie „trójki” z rzędu i ostudził nieco zapał graczy Znicza. Wynik oscylował wokół remisu. Wielokrotnie pudłował Jeremy Chappell, co nie pomagało w szybkim pościgu za drużyną przyjezdnych, a wręcz przeciwnie, stwarzało możliwość do konstruowania przez Sportino akcji od podstaw. Amerykanin zrehabilitował się jednak dobijając piłkę spod kosza równo z syreną końcową trzeciej kwarty, wyprowadzając tym samym swój zespół na upragnione, choć tylko dwupunktowe prowadzenie. Tym samym to Znicz był w minimalnie lepszej sytuacji przed decydującym starciem, Na początku ostatniej ćwiartki wydawało się, że ta potoczy się pod dyktando gospodarzy. Tak się jednak nie stało. Zawodnicy z Inowrocławia mieli świadomość, że jest szansa na to, by wyjechać z Jarosławia z tarczą i dokładali wszelkich starań do tego, żeby zmusić przeciwnika do kapitulacji. Jarosławskich kibiców uspokoił nieco, celny rzut za trzy punkty Witosa, dzięki czemu prowadzenie wzrosło do 5 punktów. Taka przewaga wobec uciekających minut stanowiła jakąś zaliczkę i pozwalała być pewniejszym w swoich poczynaniach drużynie z Podkarpacia. Miejscowi poprawili znacznie grę w obronie, czego efektem był brak seryjnie zdobywanych punktów przez zespół gości. Końcowa część spotkania należała do Tomasza Zabłockiego. Wychowanek Turowa Zgorzelec, w decydującym momencie, wykonał dwie, celne próby zza linii 6, 25 m i przypieczętował wygraną swojego zespołu. Gdy jego wyczyn, choć tylko w połowie, powtórzył Mays, rozmiary zwycięstwa tylko się powiększyły. Do końca meczu jarosławianie kontrolowali sytuację na parkiecie i kolejny raz zwyciężyli dzięki dobrej grze jedynie w dwóch kwartach. Po meczu powiedzieli: Aleksander Krutikow (trener Sportino): Gratuluję zwycięstwa Zniczowi. My staraliśmy się odnieść zwycięstwo, walczyliśmy, ale nie udało się pokonać miejscowego zespołu. Pozostaje nam dograć sezon i walczyć o przedostatnią lokatę w ligowej tabeli. Dariusz Szczubiał (trener Znicza): Mam świadomość, że widowisko nie stało na wysokim poziomie, ale cieszę się, że odnieśliśmy końcowy sukces. Znowu goniliśmy rywala i tym razem przyniosło to pożądany efekt. Ważnym elementem w grze zespołu były zbiórki Łukasza Diduszko, który, mimo stosunkowo niewielkiego wzrostu, skutecznie walczył o piłkę z rosłymi graczami rywala. Nie wiadomo jak potoczyłyby się losy meczu, gdyby te piłki wpadły w ręce przeciwników. Łukasz Diduszko: Wreszcie zwyciężyliśmy przed własną publicznością, choć po raz kolejny musieliśmy odrabiać straty po słabej pierwszej połowie. Cieszy jednak, że to my wygraliśmy to spotkanie i polepszyliśmy nieco swoją sytuację przed końcem sezonu zasadniczego.