Po świetnym widowisku, górą Magic! Dobry GORTAT
Dodano: 8 marca 2010 08:16
Autor: Paweł Łakomski, Informacja własna
Zdjęcie: Obraz własny
W najciekawszym spotkaniu niedzielnych zmagań w NBA w hali Amway Arena spotkały się dwie najlepsze drużyny poprzedniego sezonu. Po niezwykle ciekawym widowisku i jeszcze lepszej końcówce, zwycięsko z tej bitwy wyszli koszykarze Orlando Magic, którzy pokonali przed własną widownia Los Angeles Lakers 96:94.
Pojedynek ubiegłorocznych finalistów od samego początku układał się pomyśli gospodarzy. Magic, dzięki świetnej postawie Vince'a Cartera, wyszli na skromne czteropunktowe prowadzenie. Po stronie gości warto pochwalić Andrew Bynuma, który w pierwszych minutach spotkania skutecznie uprzykrzał życie pod koszem Dwightowi Howardowi. Niestety, dzielna walka nie obyła się bez przewinień i po dwóch niedozwolonych zagraniach podstawowy center Lakers musiał opuścić parkiet. Wówczas, sprawy w swoje ręce wziął Kobe Bryant. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już po dwóch kolejnych akcjach KB24 ,,Jeziorowcy” zdołali zniwelować straty i następnie wyjść na prowadzenie. Wraz z upływem czasu coraz lepiej grał Carter, a pod nieobecność Bynuma przebudził się Howard. Kluczem do wygrania pierwszej kwarty okazały się bezbłędne rzuty wolne Cartera oraz bardzo dobra pomoc graczy z ławki rezerwowych. Wspaniałe wejście zanotowała dwójka Williams-Gortat. Polak zaraz po pojawieniu się na parkiecie, zablokował Pau Gasola, co wzbudziło na trybunach wielką owację. Reprezentant Polski dał dobrą zmianę, więc trener Stan Vun Gundy postanowił dać naszemu rodakowi szansę w od początku drugiej kwarty. Podobnie, jak w przypadku Bryant'a, na efekty nie trzeba było długo czekać! ,,MG13” wraz z Jasonem Williamsem popisali się tzw. pick and rollem, a Marcin cała akcję zakończył niesamowitym wsadem nad Lamarem Odomem. Po punktach Polaka, przewaga Magic wzrosła do dziewięciu oczek (33:24) i trener wicemistrzów NBA dał szansę swoim rezerwowym. Niestety, próbę rozdzielania minut po równo w zespole z Orlando wykorzystał rywal z zachodu. Dobrą zmianę dał uczestnik konkursu wsadów Shawn Brown oraz potrafiący kreować akcję kolegów, Lamar Odom. Mimo dobrej postawy rezerwowych Lakers, prawdziwy sygnał do ataku dał Ron Artest, który po raz kolejny na swojej głowie ,,dokonał” czegoś zupełnie innego (w trzech językach wystrzyżono mu słowo ,,OBRONA”). Po jego skutecznym rzucie za trzy punkty, Orlando prowadziło już tylko 46:41, a w kolejnej akcji mistrzów w ślady byłego zawodnika między innymi Indiany Pacers, podążył Derek Fisher – 48:44. Do przerwy z dokładnie taką samą różnicą punktów, koszykarze Magic prowadzili – dość sensacyjnie – przed własną publicznością – 52:48. Po wznowieniu gry ,,szansę” otrzymał Dwight Howard, a niestety, nasz zawodnik musiał powędrować na ławkę rezerwowych. Pomimo że w NBA trawa tzw. sezon zasadniczy, gra po przerwie zdecydowanie się zaostrzyła. Sędziowie często musieli rozdzielać dwójkę Barnes-Bryant oraz Howard-Gasol. Jednak w porę wszystkich uciszył i rozdzielił Rashard Lewis, który po świetnych podaniach Jameera Nelsona, dwa razy z rzędu popisał się skutecznymi rzutami za trzy punkty – 65:57. Lakersi nie potrafili znaleźć skutecznej recepty na ofensywnie poczynania gospodarzy. Nadal ,,poza” spotkaniem pozostawał Bryant oraz Gasol, którzy w trzeciej kwarcie angażowali się tylko w tzw. trash-talking. Między innymi dlatego drużyna Los Angeles Lakers przed ostatnią kwartą przegrywała sromotnie w Amway Arena różnicą dziesięciu oczek – 74:64. Jak się później okazało, wcześniejsze trzy kwarty były tylko przedsmakiem do tego, co miało się wydarzyć niebawem. Nie mający nic do stracenia Lakers rzucili wszystko na jedną kartę i to przyniosło efekt! Bryant i spółka już po kilku akcjach odrobili straty i można powiedzieć, że spotkanie rozpoczęło się na nowo. Wśród Magic ciężar gry na siebie wziął Nelson, który przy każdej próbie penetracji, szukał pod koszem Dwighta Howarda by ten wykorzystał swoją przewagę fizyczną nad środkowymi z L.A. Z drugiej strony na dobre rozstrzelał się Bryant, a także pod tablicami przełamał się niewidoczny Pau Gasol. Mimo ambitnej postawy gości, ciągle na prowadzeniu pozostawali miejscowi – 88:83. Po kolejnej niesamowitej akcji gracza z numerem 24 w fioletowej koszulce, podopieczni Phila Jacksona tracili do swoich rywali zaledwie dwa oczka. Wówczas, cios w stronę zwycięstwa oddał Matt Barnes, który z zimną krwią przed oczami Kobe'go Bryanta, zapewnił Magic jakże ważne trzy punkty. Mało kto przypuszczał, że po tym świetnym rzucie Lakers mogą się podnieść. Po niecelnym rzucie Bryanta, skutecznie pod koszem gospodarzy walczył Gasol, który przy szczęśliwej dobitce zapisał na konto swojego zespołu dwa oczka – 93:89. W kolejnej akcji Magic, faulowany był Howard, który na szczęście gości trafił tylko jeden rzut wolny. Kilkanaście sekund później podwojony, a właściwie osaczony Kobe Bryant popisał się niesamowitym trafieniem, który przybliżył Los Angeles Lakers do Orlando Magic na zaledwie dwa punkty. Mistrzowie NBA w następnej akcji byli zmuszeni faulować. Z racji, że piłka była w posiadaniu Jameera Nelsona, to on stanął na linii rzutów wolnych i... podobnie jak Howard pomylił się raz, a to oznaczało wielką szansę dla Lakers, którzy mogli tym samym doprowadzić do upragnionego remisu. Jak zwykle w takich sytuacjach kibice ,,Jeziorowców” mogą liczyć na swojego pupila Kobe'go Bryanta. Amerykanin zaryzykował. Zdecydował się oddać rzut z daleka (chciał zdobyć trzy punkty) i co najważniejsze nie spudłował! Sędziowie zaliczyli trzy oczka i był remis! Na niekorzyść Lakers powtórka wyraźnie pokazała, że MVP finałów 2009 nadepnął na linię ,,trzech punktów” i na konto mistrzów NBA zostały zapisane tylko dwa punkty – 95:94. Prowadzenie Magic podwyższył z linii rzutów wolnych Vince Carter, ale około dziewięć sekund na rozegranie akcji mieli jeszcze goście. Do dogrywki próbował doprowadzić nieomylny Bryant, ale w najważniejszym momencie spotkania piłka po jego rzucie tylko zatańczyła na obręczy i ostatecznie wylądowała w dłoniach dwójki Lewis-Howard – 96:94! Tym samym drużyna Orlando Magic zrewanżowała się Lakers za porażkę w Los Angeles i kto wie, czy to nie jest dobra wróżba przed wielce prawdopodobnym wielkim finałem NBA 2010. Warto po tym spotkaniu pochwalić także naszego rodaka z Łodzi, obecnie zamieszkującego Orlando. Maricn Gortat po raz kolejny nie zawiódł Stana Vun Gundy'ego. Zaraz po pojawieniu się na parkiecie w piękny sposób zablokował Pau Gasola, a kilka minut później na rozpoczęcie drugiej kwarty popisał się świetnym, dwójkowym zagraniem z Jasonem Williamsem. Polak podczas 18 minut gry zanotował na swoim koncie 6 punktów, 6 zbiórek i 2 bloki. - Jestem z siebie zadowolony – powiedział specjalnie dla czytelników portalu Koszykowka.net jedyny Polak w NBA, Marcin Gortat.
Więcej informacji:
Marcin Gortat