Time-out: Chicago Bulls coraz mocniejsi
Koszykówka w Chicago to więcej niż sport, to religia, która gromadzi mnóstwo fanatycznych wyznawców. Kibice z „Wietrznego Miasta” dobrze pamiętają czasy, gdy Bóg w ludzkiej postaci wyczyniał w barwach ich drużyny rzeczy dla zwykłego śmiertelnika niemożliwe. I choć po zakończeniu ery Jordana Chicago Bulls stoczyli się na samo dno, to ich fani pozostali im wierni cały czas wierząc, że wspaniałe dla nich czasy powrócą i znów będą mogli świętować największe sukcesy.
Rozbudzone nadzieje
Kibice w Chicago są cierpliwi, ale przy tym również i wymagający. Wiedzą oni, że wielkiego zespołu nie można zbudować w jeden sezon. Mogą więc wybaczyć niektóre porażki, ale oczekują, że drużyna robić będzie systematyczny progres. To dlatego trybuny na meczach „Byków” rokrocznie zapełniane są na niemal każdym spotkaniu. W zeszłym sezonie, gdy po imponującej końcówce drużyna zdołała awansować do play-off nadzieje kibiców zostały rozbudzone. Gdy po fantastycznej, najdramtyczniejszej i najbardziej wyrównanej serii w historii NBA „Byki” ostatecznie uległy broniącym tytułu Celtics 4-3, fani byli już pewni, że w ich mieście rodzi się ekipa na miarę ich ambicji. Bagatelizowano fakt, że Celtics grali bez swojego największego lidera, zawodnika, który dzięki swojej wszechstronności, waleczności i pracowitości jest pewny wstępu do Hall of Fame w przyszłości. Pomijano także fakt, że w następnej rundzie drużyna z Bostonu uległa ekipie Orlando Magic i nic wielkiego w tamtym sezonie nie zwojowała. Kibice skupiali się bardziej na tym, że mają drużynę młodą, ambitną, z liderem na pozycji rozgrywającego, która z roku na rok czyni ogromne postępy a jej potencjał w dalszym ciągu jest ogromny. Oczekiwania na ten sezon były więc olbrzymie i nikt w Chicago nie dopuszczał do siebie myśli, że drużyna spisywać się może gorzej niż przed rokiem.
Trudny start
Początek rozgrywek okazał się jednak być ogromnym rozczarowaniem. W przerwie międzysezonowej drużynę opuścił jej najlepszy strzelec Ben Gordon i brak tego zawodnika drużynie z Chicago bardzo doskwierał. Wyraźnie brakowało kogoś, kto mógłby wziąć na swoje barki zdobywanie punktów. Drużyna Bulls praktycznie w ogóle nie zagrażała rzutem za 3 punkty, John Salmons, który miał być specjalistą w tej dziedzinie mylił się niezwykle często, troszkę skuteczniejszy był Kirk Hinrich, jednak i jego dyspozycja pozostawiała wiele do życzenia. Bulls byli nieskuteczni na dystansie, więc przeciwnicy mogli zagęszczać swoją defensywę w strefie podkoszowej. To z kolei sprawiało, że Derrick Rose, który swoje punkty zdobywa najczęściej po efektownych penetracjach miał mniej miejsca i ciężej było mu się przebić. Dodatkowo lider Chicago narzekał na bolącą kostkę i w jego grze nie było widać błysku, który prezentował w końcówce ubiegłych rozgrywek. Na przełomie listopada i grudnia drużynę Bulls dopadły kontuzje, z powodu urazu palca pauzować musiał Hinrich, już wcześniej z gry wyłączony został Thomas i wtedy właśnie ekipa „Byków” zanotowała swoją najgorszą serię 9 porażek w 10 meczach. Kibice i prasa zaczęli przebąkiwać, że trener Del Negro sobie nie radzi, że nie potrafi wycisnąć z tej drużyny więcej, że jest jeszcze zbyt niedoświadczony aby prowadzić drużynę z takimi aspiracjami jak Bulls. Po przegranym meczu z ekipą New Jersey Nets, którzy w tym sezonie zanotowali ledwie 3 zwycięstwa, fani byli wściekli. W okresie przedświątecznym, gdy drużyna uległa przeciętnym Sacramento Kings i New York Knicks wołanie o głowę trenera dobiegało niemal z każdej strony. Niewiele osób pamiętało, że identyczna sytuacja miała miejsce w roku poprzednim, gdy Chicago przez pierwszą część sezonu znajdowało się daleko poza miejscem dającym udział w play-off. Spokój właścicieli wynagrodzony
Najważniejsze jednak, że w umiejętności trenera del Negro ani przez chwilę nie zwątpili właściciele klubu. Zdawali oni sobie sprawę, że drużyna straciła swojego najlepszego strzelca, a słaby początek to nie jedynie wina kiepskich decyzji trenera. Pamiętali oni także, jak świetnie ich drużyna grała w końcówce sezonu poprzedniego i zaufali, że del Negro będzie potrafił wykrzesać ze swoich graczy to co najlepsze w najważniejszych momentach rozgrywek. I jak na razie ten spokój się im opłaca. Bulls wygrali bowiem 8 z 11 ostatnich meczy i nie licząc ostatniego dwu punktowego zwycięstwa z drużyną Wizards wszystkie spotkania rozstrzygane były dość pewnie. Swoją dawną formę odbudował Derrick Rose, który dwukrotnie ostatnio wybrany został najlepszym graczem tygodnia, do zdrowia powrócił także Tyrus Thomas, z którym w składzie drużyna ma bilans 10-5. Słabo rzucający na początku sezonu Salmons w ostatnich 11 meczach za 3 trafia z 56% skutecznością, 45% wykazuje w tym elemencie Kirk Hinrich. Celne rzuty 3 punktowe rozciągają obronę i od razu robią miejsce dla lubiących atakować obręcz graczy, jakimi bez wątpienia są Rose, Deng czy Thomas. Drużyna z Chicago wskoczyła wreszcie na właściwe tory i nikt już nie krzyczy głośno o potrzebie zmiany trenera. Del Negro w dalszym ciągu posiada jednak wielu przeciwników, w szczególnie wśród dziennikarzy związanych z Bulls i musi się liczyć z tym, że jeśli jego drużyna nie utrzyma dobrej formy do końca rozgrywek, to głosy żądające jego odejścia powrócą. Póki co jednak może się on skoncentrować na swojej pracy, którą wykonuje przecież całkiem nieźle.
Joakim Noah
Znakomitą formę prezentuje w tym sezonie Joakim Noah. Jest to jedyny gracz, który od początku rozgrywek nie tylko utrzymuje ale nawet przewyższa poziom, który prezentował w poprzednim roku. Dzięki swojej energiczności i ruchliwości Joakim sprawia wiele problemów defensorom drużyny przeciwnej, którzy nie potrafią odepchnąć go od obręczy. Noah wykorzystuje to nie tylko do zdobywania punktów potężnymi wsadami, ale także zbiera dzięki temu mnóstwo piłek w ataku. W obronie Joakim również jest coraz lepszy. Swoją znakomitą sprawność i koordynację wykorzystuje, gdy któryś z kolegów pozwoli się minąć swojemu przeciwnikowi. Noah momentalnie odczytuje takie sytuacje i z dużą skutecznością udziela bloków z pomocy. Niecelne rzuty rywali także bardzo często wpadają w ręce Joakima, który nie ma problemów z wejściem pod przeciwnika i uprzedzeniem go przy zbiórce.
Rozwój Joakima Noaha jest dla wielu koszykarskich ekspertów sporym zaskoczeniem. Gdy był on wybierany z 9 numerem draftu przez Chciago w 2007 roku wielu z nich śmiało się, że będzie on jedynie kolejnym zapychającym dziury zmiennikiem, który co najwyżej z uwagi na swój wzrost będzie w stanie zebrać w meczu kilka piłek. Mówiono, iż jedyne co może go wyróżniać na parkietach NBA to jego ekscentryczna fryzura i znane w sportowym środowisku nazwisko ojca – tenisisty. Noah od początku swoją energią i zaangażowaniem starał się udowadniać ekspertom jak bardzo się mylą, jednak braki w technice oraz okropnie ułożony rzut widoczne były już na pierwszy rzut oka. Jeszcze więcej okazji do kpin i głosów niezadowolenia Noah dał swoim przeciwnikom w 2008 roku, gdy został złapany z nieważnym prawem jazdy, otwartym alkoholem oraz niewielką ilością marihuany. Noah za swoje zachowanie przeprosił i obiecał, że podobne rzeczy już nigdy nie będą miały miejsca. Jak na razie słowa dotrzymuje, a jego występy w zeszłorocznym play-off i w bieżącym sezonie budzą podziw nawet największych jego krytyków. Joakim niebawem skończy 25 lat i jeśli dalej będzie rozwijał się w takim tempie, to w najlepszych dla koszykarza latach może być jednym z czołowych centrów w całej lidze.
Dobre prognozy na przyszłość
Chicago Bulls to w dalszym ciągu bardzo młoda drużyna, która zbiera doświadczenie. Już na tym etapie jednak, tworzą zgraną ekipę, która może pokusić się o sprawienie ogromnych niespodzianek w play-off. Derrick Rose to z pewnością materiał na lidera przez długie, długie lata, który wspierany przez zawodników z takimi ambicjami jak choćby Noah może stworzyć drużynę zdolną wygrywać seriami. Tyrus Thomas i pierwszoroczniak Taj Gibson toczą zażartą rywalizację o miejsce w podstawowej piątce, która jak na razie korzystnie wpływa na rozwój obydwóch tych koszykarzy. Zmienników brakuje trochę na pozycjach 2 oraz 3 i tutaj właśnie stoi zadanie przed generalnym managerem na lato 2010. W Chicago w tym sezonie schodzą duże kontrakty Brada Millera i Jeroma Jamesa. Pojawią się więc pieniądze na zatrudnienie kogoś, kto pasowałby do stylu i filozofii gry walecznej drużyny „Byków”. Tacy gracze jak LeBron James czy Dwyane Wade potrzebują mieć piłkę w rękach i oddawać bardzo dużo rzutów, cała gra jest podporządkowywana właśnie pod nich i chyba nie byliby oni dla Bulls najlepszym rozwiązaniem. Jednak taki gracz jak Joe Johnnson z Atlanty mógłby się znakomicie odnaleźć w duecie z Derrickiem Rose i ich współpraca mogłaby przynieść drużynie z Chicago ogromne korzyści. Jestem przekonany, że włodarze klubu z „Wietrznego Miasta” podejmą najlepszą dla siebie decyzję, któż bowiem lepiej od nich potrafi budować koszykarskie dynastie.
===================================================================
NA PLUS
Charlotte Bobcats wygrali 5 z 6 meczy rozgrywanych w ciągu minionych dwóch tygodni. To sprawiło, że „Bobki” mają obecnie bilans 19-19 i zajmują 7 miejsce w konferencji gwarantujące im udział w play-off. Sprowadzenie do Charlotte Stephena Jacksona okazało się strzałem w 10. „Captain Jack” zdobywa średnio 20 punktów na mecz i wraz z Geraldem Wallecem tworzy jeden z najgroźniejszych ofensywnie duetów w całej lidze.
NA MINUS
Orlando Magic przegrali 5 z 7 meczy, które rozegrali w ciągu minionych dwóch tygodni. Drużyna Marcina Gortata, która przed sezonem miała chrapkę nawet na mistrzostwo NBA złapała obecnie wyraźną zadyszkę. Bardzo słabo spisywał się kontuzjowany ostatnio Carter, dużo więcej wymagać należy także od lidera Orlando Dwighta Howarda. Manager generalny Othis Smith w dalszym ciągu zapewnia, że nie zamierza dokonywać w tym sezonie żadnych transferów, ale jeśli gra Magic się nie poprawi, to nie będzie on miał innego wyjścia. Z taką postawą Orlando nie mają czego szukać w play-off i jeśli w dalszym ciągu marzą o mistrzostwie, to muszą diametralnie odmienić swoją grę.
PIERWSZA PIĄTKA
PG: Chris PaulSG: O.J. MayoSF: LeBron JamesPF: Kevin DurantC: Joakim Noah
Chris Paul dzięki swojej dobrej grze zapewnił drużynie z New Orleans 6 zwycięstw w ostatnich 8 meczach. Po kiepskim starcie „Szerszenie” największy kryzys mają już chyba za sobą, a Chris Paul swoimi występami udowadnia, że w dalszym ciągu jest zawodnikiem klasy All-Star
O.J. Mayo wraz z całą drużyną Memphis pokazują, że chcą w tym sezonie poważnie włączyć się w walkę o miejsca dające awans do play-off. W ostatnim czasie O.J. imponuje znakomitą formą, jego najgorszy występ to aż 14 punktów przeciwko Utah i grając na dobrej skuteczności przyczynia się do tego, iż Grizzlies mają dodatni bilans.
LeBron James cały czas utrzymuje niezwykłą formę. Lider Cavs regularnie rzuca ponad 30 punktów i zdobywa w okolicach 6 asyst i 8 zbiórek. Cleveland wygrywają swoje mecze i dzięki postawie swojego lidera mają najlepszy bilans w konferencji wschodniej.
Kevin Durant pokazuje, że stać go aby być jednym z najlepszych zawodników NBA. Lider Thunder z sezonu na sezon staje się lepszy a jego gra dojrzalsza i doskonalsza. Regularne zdobycze ponad 30 punktowe muszą budzić szacunek, a bilans całej drużyny 22-18 na silnym zachodzie pokazuje, że w tym sezonie Kevin swoje najważniejsze emcze ma dopiero przed sobą.
O Joakimie Noah było sporo w tekście głównym, dodam tylko, że we wszystkich meczach z ostatnich 2 tygodni notował on dwucyfrowe zdobycze punktowe i jedynie w dwóch z siedmiu spotkań nie udało mu się zdobyć double-double. Dobra ostatnio postawa Bulls to także zasługa Noaha, który dodaje energii całej drużynie i zachęca kolegów do walki o każdą piłkę.