PENETRACJE „NA+” WOJTKA MICHAŁOWICZA

Dodano: 25 grudnia 2009 20:49
PENETRACJE „NA+” WOJTKA MICHAŁOWICZA
Paweł Łakomski, MVP Magazyn
WikiMedia
Ten stary, dobry, najdroższy Jazz Jeśli ktoś nie przepada za basketem spod znaku Utah Jazz, to niech pilnie zweryfikuje swe zdanie. Albo zda sobie sprawę, że nie gustując w nim, odcina się od korzeni koszykówki i takich jej postaci jak pastor Naismith, Red Auerbach i John Wooden.Wymienieni z pewnością mieliby satysfakcję, oglądając co od lat - ba od zawsze - grają Jazzmeni. Ich playbook pełen jest cytatów, schematów, diagramów z dzieł klasyków. Nieco tylko dostosowanych do koszykówki XXI wieku. Ale mimo aktualizacji ekipa ta pozostaje najbardziej old-schoolową spośród 30 w NBA. Nawet ich hasło - life off, game on - jest stare jak cały zawodowy basketball w stanie Utah. Rozpusta wśród Mormonów A historia ta zaczęła się w czerwcu 1979 roku, gdy Rada Właścicieli NBA zaakceptowała przenosiny New Orleans Jazz do Salt Lake City. Przez 5 lat funkcjonowania w Luizjanie Jazz walczyli z bankructwem. Ale pod względem stylu gry byli godni swej nazwy. Tak adekwatnej dla miasta o nicku Big Easy i znanej nie tylko z jazzowej rozpusty Bourbon Street. A ich gwiazdą był jeden z pierwszych showmanów NBA, niezrównany Pete Maravich.Na płaskowyżu wśród Gór Skalistych, gdzie żyją tak inni kulturowo ludzie i który jest kolebką wielu liczących się koszykarsko ale tradycyjnych uczelni z mormońską Brigham Young na czele, jazz w nowoorleańskim brzmieniu nie uchodził. Pół roku po relokacji klubu, a niespełna trzy lata po tym jak był królem strzelców NBA 1977, niezapomniany Pistol Pete stracił miejsce w składzie... Miejsce pierwszego artysty zajął generalny menedżer, a od grudnia 1981 coach nowych Jazz, Frank Layden. Ten mężczyzna o rosnącej z roku na rok nadwadze, ale niespożytej energii i poczuciu humoru, nie tylko z powodu postury nie mieścił się w kanonach coachingu, lecz w trzy sezony zbudował zespół na miarę play off. Jego liderami byli snajper Adrian Dantley, specjalista nie tylko trójek Darrell  „Dunkenstein” Griffith, siejący postrach wieżowiec Mark Eaton i bliźniaczo podobny do Jamesa Worthy’ego ze względu na widowiskowy styl gry i okulary-gogle Thurl Bailey. Gdzie legendy, gdzie pomniki To oni zapoczątkowali serię 20 z rzędu udziałów Jazz w play off, którą aż do 2003 roku kontynuował duet Stock-Mailman. Tak epokowy nie tylko dla Jazz, dla których grali 37 sezonów, że klubowa hala mieści się na skrzyżowaniu John Stockton Street i Karl Malone Drive. Pierwszy spogląda już na swych następców z pomnika, drugi znów zagląda w te strony. Jednak ich epokę z obecną najlepiej łączy Gerald Eugene Sloan. Nikt w dziejach wszystkich pro-lig w USA nie pracował w jednym klubie tak długo, bo już 22. sezon. Nikt nie wygrał z jednym zespołem omal 1050 meczów. No i za jego kadencji, rozpoczętej  w grudniu 1988, w NBA dokonano aż 233. trenerskich roszad! Jest żywą legendą. Jak w Evansville w Indianie, gdzie rozpoczął karierę na uczelni zanim stał się sławą Bulls i gdzie ma ulicę swego imienia. Tę długowieczność Jerry zawdzięcza hołdowaniu ponadczasowym wartościom. Nie tylko koszykarskim. Gra jego Jazz to kwintesencja klasyki. Po pierwsze atakowanie defensywą i dążenie do trumny. Zgodnie z kanonem, że to serce obrony, co dało im ostatnio trzecie aż miejsce w skuteczności. Po drugie selektywne nastawienie na rzuty za 3, stąd ledwie 27.w tym lokata. Za to są niezrównani w organizacji gry całą piątką, ataku pozycyjnym, egzekucji pick’n’rolli  i dzieleniu się piłką. Stąd najwyższa pozycja w średniej asyst. Każda gra jest też dla nich ostatnią, rozgrywaną pod hasłem: my albo reszta świata, więc i w przechwytach znów nie mieli sobie równych. A Jerry Extraordinary pytany w Madrycie, gdzie Jazz reprezentowali ostatnio w Europie NBA w uznaniu ich 30-lecia, jak to możliwe, że nadal go to wszystko kręci, mówił: - Bo to ciągle moja pierwsza, chłopięca miłość, jak ta z serialu Cudowne Lata. Milionowe turbulencje To przywiązanie do kanonów wydaje się dziś archaizmem, dla wielu niezrozumiałym. Bywa słabością, co znów pokazali im w play off Lakers. Ale paradoksalnie sprawiło, że tylu graczy zostało w Jazz: Boozer, Okur, Korver, Price. Z wiarą, że w modelowej koszykówce będą funkcjonować jak nigdzie indziej. Zmartwił się tylko Greg Miller, który przejął klub po śmierci ojca. Gdy Larry H.Miller przez 24 lata rządził z pasją - taką, że w szatni Jazz ma swój locker nr 19 - warci 25-28 mln dolarów Jazzmeni byli w finałach 1997-98. Dziś pensje graczy Jazz pochłaniają ponad 82 mln, najwięcej w historii klubu. Więcej wydają tylko Lakers, Mavs, Celtics, Knicks i Magic. Tylko, że przyszłość teamu Sloana jawi się bardziej mglista. Jak długo mogą jeszcze liczyć na wsparcie niebios, którego efektem turbulencje, jakie często przeżywają rywale dolatując nad blisko 20-tysięczną i wypełnioną zwykle do ostatniego miejsca Energy Solutions. Ale Salt Lake City to wszak najmniejsze miasto USA chlubiące się zespołem NBA, najskromniejszy jej rynek. Tyle, że koszykarski Jazz brzmi tam jak nigdzie indziej. I oby jak najdłużej... 
Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp