Jazzmani odbili sobie porażkę z Lakers na Magikach
Zawodnicy Utah Jazz przystępowali do spotkania z Orlando Magic mając w pamięci fatalną, ostatnią kwartę z meczu w Californii. Po dzisiejszym dniu zawodnicy Jerry'ego Sloana mogą jednak o niej zapomnieć. Po bardzo dobrej grze całej drużyny zawodnicy z Salt Lake City przerwali oni passę pięciu zwycięstw Orlando Magic i wygrali z drużyną Marcina Gortata na własnym parkiecie 120:111. Nasz rodak spędził na parkiecie zaledwie cztery minuty, w ciągu których zanotował aż trzy faule.
Już od pierwszych minut było można zauważyć, jak równorzędne zespoły spotkały się ze sobą. Ostra walka kosz za kosza, zero odpuszczania i po punktach Derona Williamsa notującego wprost fenomenalny występ na tablicy świetlnej widniał remis 14:14. Chwilę później przyszedł jednak ważny moment tego meczu.
Przez trzy kolejne minuty podopieczni Jerry'ego Sloana totalnie stanęli. Słabo funkcjonował ball-movement, Jazzmani popełniali łatwe straty, oddawali rzuty z nieprzygotowanych pozycji, a co najważniejsze dali sobie w przeciągu owych trzech minut rzucić aż 12 punktów. Po trafieniu Ryana Andersona za trzy było już 28:17.
Nowy zawodnik Magic grał bardzo dobrze w pierwszej kwarcie i to właśnie on chwilę później jeszcze bardziej powiększył przewagę swojego zespołu. Z biegiem czasu gościa z Florydy grali jednak coraz gorzej. W ataku do końca pierwszej połowy dobrze funkcjonował w zasadzie tylko Vince Carter (w całym meczu aż 34. oczka) i Jazzmani powoli zaczęli odrabiać straty.
Do remisu Deron Williams i spółka doprowadzili już na początku trzeciej kwarty, a chwilę później po punktach Carlosa Boozera wyszli na prowadzenie. Taki stan rzeczy dał wyraźnego "kopa" gospodarzom, którzy w ofensywie grali poprostu jak z nut. Ogromna zasługa w tym wspomnianego wcześniej Williamsa, który dyrygował całą grą w ataku swojej drużyny. W całym meczu sam zdobył aż 32 punkty, a do tego zanotował aż 15 kluczowych podań. To właśnie on zdobył ostatnie punkty przed ostatnią kwartę, przed którą Jazz mieli dziewięciopunktową przewagę.
Ten fakt okazał się kluczowy. Magicy nadal nie mieli sposobu od połowy drugiej kwarty na grę. Stan Van Gundy starał się często rotować, jednak to przynosiło tylko połowiczny sukces. W jego ekipie zagrali wszyscy dostępni zawodnicy, jednak to było za mało na zwycięstwo dzisiejszego dnia z dobrze dysponowanymi Jazz. Ostatecznie podopiecznie Jerry'ego Sloana wygrali 120:111 i tym samym przerwali passę pięciu zwycięstw z rzędu drużyny z Orlando.
Marcin Gortat po raz kolejny nie pokazał się z dorbej strony. Nasz rodzynek w NBA wszedł na parkiet w 15. minucie. Nie spędził jednak na nim zbyt dużo czasu. Co prawda zebrał dwie piłki w obronie, jednak gdy cztery minuty później zanotował swój trzeci personalny faul to było za dużo dla Stana Van Gundy'ego, który szybko ściągnął go z parkietu. Na nim Gortat do końca spotkania już się nie pojawił.