Słońca po raz kolejny pokazują klasę
Nie wystarczyły rekordy kariery Carla Landry'ego oraz Aarona Brooksa odpowiednio w punktach oraz asystach. Phoenix Suns prowadzenie przez Amare Stoudemire'a i Steve'a Nasha dzięki bardzo dobrze rozegranej końcówce meczu pokonali na trudnym terenie w Houston Rakiety 111:105.
Przez całą pierwszą połowę przewagę mieli jednak gospodarze. Po raz kolejny Aaron Brooks świetnie crossował swoich rywali, a co więcej znakomicie podawał. Gdy dodamy do tego niesamowitą różnorodność rozwiązań ofensywnych, bardzo dobrą skuteczność w owych początkowych minutach wszystkich zawodników gospodarzy, brak jakichkolwiek punktów Steve'a Nasha w pierwszych dwóch kwartach - wynik nie powininen być dla nikogo zaskoczeniem.
Rockets już po sześciu minutach prowadzili aż 21:9. Co ciekawe, w drugiej kwarcie ich przewaga wzrosła jeszcze bardziej. Gdy po jednym z wielu celnych rzutów Carla Landry'ego Hoston prowadzili 45:30.
Chwilę później Alvin Gentry wziął pełny time-out i zaczął się wielki powrót Słońc z Arizony. Od stanu 49:34 dla gospodarzy, Phoenix zdobyli aż 13 punktów z rzędu.
- Przestaliśmy trafiać swoje rzuty, oni natomiast w końcu odnaleźli skuteczność. Do tej pory kontrolowaliśmy spotkanie. NIe mogliśmy jednak przeprowadzić ani jednej składnej akcji, co naszym rywalom udawało się bezproblemowo - powiedział Aaron Brooks.
Od tego momentu, aż do prawie samej końcowej syrenty trwała niezwykle wyrównana walka kosz za kosz. Gospodarze nie potrafili ponownie odskoczyć rywalom, na co duży wpływ miała właśnie bardzo dobra gra Suns. Najważniejszy moment spotkania przyszedł na niecałe dwie minuty przed końcem.
Wtedy to Frye trafił swoją kolejną w tym sezonie trójkę, chwilę później z pod kosza punkty zdobył Jason Collins i goście prowadzili 105:99. Takiej straty Rakietom nie udało już się zniwelować. A trzeba przyznać, że mieli ku temu okazje. Spudłowali jednak aż sześć rzutów od tego momentu - w tym trzy Trevor Arizy - i wynik nie mógł być inny. Phoenix pokonali Houston na ich własnym parkiecie 111:105.