Słońca znowu w blasku

Dodano: 11 listopada 2009 16:37
Słońca znowu w blasku
Mateusz Zielinski, Informacja własna
Obraz własny

Phoenix Suns to drużyna, która dzięki swojemu stylowi gry zjednała sobie ogromną rzeszę fanów. Niestety ubiegły sezon był dla nich najgorszy od dawna a sprowadzenie Shaqa okazało się wielką klapą. Drużyna Słońc nie zdołała awansować do play-off i swoją walkę o tytuł zakończyła wraz z końcem sezonu zasadniczego.

Terry Porter ze stanowiska szkoleniowca Phoenix wyleciał jeszcze szybciej, niż się na nim pojawił. Miał nauczyć Słońca bronić i rozgrywać dłuższe, kontrolowane akcje, ale efektów jego pracy widać nie było. Drużyna Suns notowała całe serie porażek i to w stylu, o którym kibice chcieliby jak najszybciej zapomnieć. 

Na miejsce Portera do Phoenix przybył Alvin Gentry, a zadanie które przed nim postawiono było zgoła odmienne. Miał z powrotem tchnąć w Suns ducha radosnej, spontanicznej i przede wszystkim ofensywnej koszykówki. Przyznać trzeba jednak, że Gentry po swoim poprzedniku nie otrzymał drużyny w rozsypce, którą musiałby konstruować od nowa. Miał w niej jednak jeden element, który w żadnym wypadku do jego koncepcji nie pasował i trzeba było jak najszybciej sobie z nim poradzić. Tym elementem był Shaquille O’Neal.

Tuż po zakończeniu poprzedniego sezonu Alvin Gentry rozpoczął swoją przebudowę. Pierwszym ruchem było oddanie do Cavs O’Neala. W zamian otrzymano Bena Wallacea i Sashę Pavlovica, których kontrakty szybko wykupiono i pozbyto się ich z klubu. Nowe umowy podpisano za to ze Stevem Nashem i Grantem Hillem, dając tym wiekowym zawodnikom ostatnią chyba szansę na walkę o tytuł. Do drużyny dołączył także Channing Frye, była gwiazda Uniwersytetu Arizona, który z klubem z Phoenix podpisał 2-letnią umowę. W ten sposób trener Gentry utworzył drużynę, która znowu może biegać, rzucać i cieszyć oczy kibiców.

Porównania obecnie grających Suns do tych prowadzonych przez trenera D’Anthonyego są jak najbardziej na miejscu. Ważniejsze niż podobieństwa są jednak różnice miedzy tymi dwoma ekipami. Za Mike D’Anthonego obowiązywała zasada „Run&Gun” czyli biegaj i rzucaj. Steve Nash wraz z kolegami parli wtedy jak najszybciej do przodu a kiedy tylko pojawiała się otwarta pozycja oddawali rzut. W tej chwili Nash ma już swoje lata i zasada ta musiała zostać zmieniona. Trener Gentry swoją filozofię opisuje jako „Relax&Ready” czyli zrelaksowany i gotowy. Koszykarze tak samo jak za D’Anthonego po akcji w obronie czym prędzej przemieszczają się pod kosz przeciwnika. Średni czas przetrzymywania piłki przez Suns w ofensywie wynosi w tym sezonie ledwie 7 sekund. Różnica polega jednak na tym, że koszykarze nie muszą pędzić do przodu za każdym jednym razem. Trener Gentry mówi im, aby na boisku byli wyluzowani i spokojni, ale kiedy tylko nadarzy się okazja mają być gotowi aby ją wykorzystać. Zmiana jest niby niewielka, ale brak przymusu gnania do przodu w każdej akcji przekłada się na mniejszą ilość niewymuszonych strat, spowodowanych jedynie niecelnymi podaniami wykonywanymi w pośpiechu.

Trener Gentry ma także zawodnika, o którym Mike D’Anthony mógł jedynie pomarzyć. Kogoś, kto idealnie wpisuje się w koncepcję ofensywnej koszykówki: potrafi celnie rzucić z dystansu, trafić z wyskoku, zdobyć punkty po penetracji czy zagrać skuteczną akcję tyłem do kosza. Dokładnie takim graczem jest przybyły w zeszłym sezonie z Bobcats Jason Richardson. Raja Bell i Boris Diaw, którzy powędrowali wtedy w przeciwną stronę z pewnością nie wnieśliby do gry Suns tyle co J-Rich.

Między Suns D’Anthonyego i Gentryego jest jeszcze jedna bardzo ważna różnica, która zdecydowanie wpływa na obraz gry i może być tym czynnikiem, dzięki któremu obecne Phoenix osiągną więcej niż wtedy. Tą różnicą jest pozycja dla Amare Stoudemirea. D’Anthony ustawiał go bowiem na centrze i otaczał zazwyczaj mniejszymi zawodnikami. Stoudemire miał wykorzystywać swoją siłę pod koszem i dominować w polu 3 sekund. Gentry z kolei na centrze wystawia z reguły sprowadzonego przed sezonem Frye, a Stoudemirea przesuwa na czwórkę. Podobnie robił Terry Porter, który pod koszem ustawiał Shaqa, a obok niego nakazywał grać Stoudemirowi. Wtedy się to nie sprawdziło, bowiem Shaq i Amare robili w polu 3 sekund zbyt duży tłok i wzajemnie sobie przeszkadzali. Jednak Channing Frye to zawodnik, który gra zupełnie inaczej niż O’Neal. Potrafi on bowiem skorzystać z wolnej pozycji i skutecznie rzucić za 3 punkty lub półdystansu. To z kolei sprawia, że center drużyny przeciwnej musi wyjść bardzo wysoko aby go pilnować. I wtedy właśnie robi się miejsce pod koszem dla Stoudemirea, który z reguły sporo przewyższa fizycznością swoich rywali z pozycji 4. Dzięki temu nawet jeśli Suns nie przemieszczą się pod kosz rywala najszybciej jak potrafią i pozwolą przeciwnikowi ustawić się w obronie, to w bardzo łatwy sposób mogą wykreować pozycję w ataku pozycyjnym. Zwłaszcza jeśli rozgrywającym jest taki magik jak Steve Nash.

Suns mają obecnie imponujący bilans 7-1. Swoją jedyną porażkę zanotowali grając przeciwko drużynie Magic w Orlando. W tym meczu bardzo zły dzień miał Richardson, który nie zdobył nawet jednego punktu oddając zaledwie 4 rzuty z gry. W pozostałych spotkaniach jednak Suns pokazali fantastyczną koszykówkę i zwycięsko wyszyli z wyjazdowych pojedynków przeciwko takim zespołom jak Miami Heat czy wielcy Boston Celtics. Do Phoenix powrócił duch ofensywnej koszykówki i mecze drużyny Suns znów ogląda się z wielką przyjemnością. Po Nashu w ogóle nie widać upływających lat, Steve nadal jest dynamiczny i swoimi niekonwencjonalnymi zagraniami wprawia w osłupienie kibiców i przeciwników. Pytanie tylko, czy taka gra pozwoli koszykarzom Suns odnieść wreszcie wymarzony sukces.

Przykład drużyny D’Anthonego pokazał nam, że w koszykówce nie liczy się styl i widowiskowość, ale skuteczność. Wielu kibiców rwało włosy z głowy, kiedy grający bez emocji Duncan ze swoją świtą eliminował Phoenix z play-off. Niestety stara koszykarska prawda, że atakiem wygrywa się mecze a obroną mistrzostwa sprawdzała się już wiele razy. A jeśli chodzi o defensywę to zespół Suns nie należy do potentatów ligi i z pewnością ma w tym zakresie spore braki. Kibicom radosnej koszykówki pozostaje jedynie mieć nadzieje, że wiekowi już gracze Suns wytrzymają trudy sezonu, omijać ich będą kontuzje, a w play-off piłka do kosza wpadać będzie z jeszcze większą regularnością niż obecnie. Każda seria z udziałem drużyny z Phoenix gwarantuje bowiem wielkie emocje i mnóstwo pięknych akcji. 

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp