Orlando wygrywają a Gortat wraca do formy
W wyjazdowym meczu z Charlotte Bobcats drużyna Orlando Magic odniosła przekonywujące zwycięstwo 93-81. Duży wkład w końcowy wynik miał polski center Marcin Gortat.
Gracze Orlando do Charlotte przyjechali aby poprawić złe wrażenie, które pozostawili po sobie w przegranym meczu z Oklahoma City Thunder. Sztuka ta udała im się mimo tego, iż trener Van Gundy eksperymentował i nakazywał zawodnikom granie akcji, do jakich ze strony Orlando nie byliśmy przyzwyczajeni.
Już pierwsze minuty spotkania pokazały, że Magic nie martwią się o wynik i będą chcieli trenować nowe warianty. Pierwszych kilka piłek posłali oni do wyizolowanego Brandona Bassa, który był bezbłędny w pojedynkach jeden na jeden i trafił wszystkie 6 pierwszych rzutów. Orlando w pierwszej kwarcie trafili zaledwie 2 rzuty trzypunktowe i to obydwa w końcowej części. Wszystkie punkty zdobywane były po dograniach pod kosz lub rzutach z dystansu. Bobcats próbowali odpowiadać rzutami z półdystansu, jednak ich gra była chaotyczna i nieskuteczna. Pierwsza część meczu zakończyła się prowadzeniem Magic 35-23.
W drugiej kwarcie od początku obok Dwighta Howarda na boisku pojawił się Marcin Gortat i znów był to ten agresywny, waleczny podkoszowy, którego pamiętamy z zeszłego sezonu. Już w pierwszej swojej akcji zaliczył on ofensywną zbiórkę po niecelnym rzucie „Supermana”. Pierwsze punkty w tej kwarcie dla Magic również były dziełem Marcina, który dobił niecelny rzut Vinca Cartera, zaliczając swoją drugą zbiórkę w ataku. Bobcats próbowali się odgryzać, jednak dobrze broniący Magic nie pozostawiali im zbyt wiele miejsca. W połowie drugiej kwarty doszło do niecodziennej sytuacji z udziałem Marcina Gortata. Pięknie uwolnił się on od obrońcy na pick-and-rollu, otrzymał piłkę i pofrunął z nią w stronę kosza. Na jego drodze stał jednak Murray, który widząc nadlatującego olbrzyma z Polski przestraszył się i rękami osłaniając tors skoczył w stronę Gortata. Wyglądało to tak, jakby chciał w geście radości zderzyć się z polakiem klatkami piersiowymi. Za ten dziwny faul Murray otrzymał przewinienie techniczne, a Marcin wykorzystał jeden z dwóch rzutów wolnych. Współpraca między polskim środkowym i „Supermanem” układała się w tym meczu dużo lepiej niż w spotkaniu z Thunder. Marcin bardzo dobrze pomagał w defensywie, zbierał sporo piłek na obu tablicach, a w ataku nie przeszkadzał Dwightowi, oddając mu pole 3 sekund do zdominowania. Dzięki skuteczności Vinca Cartera na dystansie Orlando do przerwy prowadziło już 57-41.
Na trzecią kwartę dużo bardziej zmobilizowani wyszli gracze Bobcats. Magic rozluźnili nieco swoje szeregi w obronie i zostawiali graczom z Charlotte więcej miejsca. Bardzo dobrze wykorzystywał to szczególnie Raymond Felton, który bez problemów radził sobie z Nelsonem. Gdy przewaga Orlando stopniała do 8 punktów, na ponad 2 minuty przed końcem na boisko powrócił Marcin Gortat. Charlotte trafili jednak kolejny rzut za 3 i po punktach dorzuconych przez Feltona i Walleca przed ostatnią kwartą mieli tylko 6 oczek straty do Magic.
Początek 4 kwarty należał do Vinca Cartera i Marcina Gortata. Ten pierwszy rozpoczął od dwóch celnych rzutów, po czym kolejne 3 dzięki akcji 2+1 dołożył Polak. W tej części gry Marcin Gortat zanotował aż 3 bloki i dał naprawdę koncertowy popis gry w obronie. Gracze Bobcats w żaden sposób nie mogli dostać się pod kosz i musieli uciekać się do rzutów z dystansu. To w dużej mierze dzięki Polakowi Magic prowadzili 88-77 w momencie gdy opuszczał on parkiet na 6 minut przed końcem. Po zejściu Marcina oglądaliśmy prawdziwy popis indolencji strzeleckiej obu zespołów. Ostatni fragment bowiem zakończył się zwycięstwem Magic 5-4, a oba zespoły trafiły dokładnie po jednym rzucie z gry. Całe spotkanie zakończyło się więc zwycięstwem Orlando Magic 93-81 i było bardziej treningiem przed jutrzejszym pojedynkiem z Cavs niż prawdziwą walką o jak najlepszy wynik.
Polak w tym meczu zanotował całkiem niezłe statystyki, przez ponad 17 minut zdobył 6 punktów, miał 5 zbiórek (w tym aż 3 w ataku), przechwycił 2 piłki i zablokował 4 rzuty rywali, popełniając 1 stratę i 1 faul. Najważniejsze jednak jest to, że Marcin znowu robił bardzo dużo pożytecznego zamieszania, które miało wpływ na grę całego zespołu. Trenera Stana van Gundyego cieszyć może fakt, że całkiem nieźle wyglądała współpraca Gortata z Howardem i ta dwójka może być dobrą odpowiedzią na dwie wieże szykowane przez trenera Browna w Cleveland.