Po niesamowitym pojedynku Cavaliers przegrywają po raz trzeci

Dodano: 6 listopada 2009 09:04
Po niesamowitym pojedynku Cavaliers przegrywają po raz trzeci
Dawid Rudolf, Informacja własna
Obraz własny

Czy John Kuester rzeczywiście miał tak ogromny wplyw na grę ofensywną Cleveland Cavaliers. Po dzisiejszym spotkaniu można sądzić, że tak. Mimo wygranej deski Kawalerzyści przegrali z Chicago Bulls 85:86.

Już pierwsza połowa spotkania wskazywała, że będą duże emocje i może dojść do niespodzianki. Byki grały dobrze w obronie, w odensywie polegali głównie na trójce obwodowych, a nawet to nie pozwalało im na objęcie prowadzenie. Dlaczego? Punkty jak szalony zdobywał jeszcze LeBron James. Słowem klucz, jest tutaj jednak nie James, nie LeBron, a jeszcze.

W samej pierwszej kwarcie James zdobył 11 punktów. To był ten sam James, którego znają wszyscy znawcy koszykówki. To po jego wsadzie po alley-oopie Cavaliers prowadzili 26:19. Z biegiem czasu LeBrona widzielieśmy jednak coraz mniej. I nie chodzi tutaj wcale o to, że Mike Brown sadzał go na ławce rezerwowych, nawet wtedy gdy był bardzo potrzebny. James był coraz mniej widoczny w ataku Cleveland.

Taką sytuację musieli wykorzystać Byki. Drugą kwartę można zaliczyć im na duży plus, a szczególnie samą końcówkę. W 19. minucie po punktach Williamsa Cavs prowadzili 43:38. Wydawało się, że może to jest w końcu moment,  w którym podopieczni Mike'a Browna odskoczą. NIc z tego. Bullsi zdobyli kolejne osiem punktów z rzędu i  na przerwę schodzili przy trzypunktowym prowadzeniu.

Trzecią kwartę śmiało można określić mienem walki kosz za kosz. Nawet pomimo tego, była to najmniej interesująca kwarta w meczu. Cavaliers odrobili minimalną stratę i kibice zgromadzeni w Quicken Loans Arena już ostrzyli sobie zęby na ciekawą końcówkę. 

Sam finisz meczu jednak zawiódł. LeBron szybko zdobył trzy punkty - wszystkie z rzutów osobistych - i od razu powędrował na ławkę rezerwowych. Wrócił na nią dopiero po prawie pięciu minutach, gdy przyjezdni uzyskiwali nieznaczną przewagę, może nie na tyle w wyniku co w głowach. Na dwie minuty przed końce po punktach Brada Millera Chicago prowadziło już sześcioma punktami. Chwilę po tym LeBron zdobyć jednak szybko pięć punktów i przewagi w zasadzie już nie było. Po owej trójce Jamesa na półtorej minty przed końcem był 96:95 dla gości. CO najważniejsze, do końca meczu żaden z zespołów nie zdobył już punktów!

Jak to możliwe, spytajcie Mike'a Browna. LeBron miał duży udział jedynie w ostatniej akcji spotkani, tej na cztery sekundy przed końcem, gdzie po penetracji nie trafił lay-upa. Co byłoby, gdyby wcześniej jakakolwiek akcja została rozegrana pod niego? Teraz można się tylko domyślać. Faktem natomiast jest, że Kawalerzyści przegrali już trzeci mecz w bieżącym sezonie, w tym drugi we własnej hali. To tyle samo, co w całym ubiegłym sezonie regularnym.

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp