Tłoki nadal mają patent na Orlando
Przed spotkaniem Detroit Pistons z Orlando Magic po cichu mówiło się, iż Tłoki dzięki dobrym obrońcom na obwodzie mogą sprawić niespodziankę. Stało się to faktem, Magicy przegrali swoje pierwsze spotkanie w rozgrywkach. Po raz kolejny udowodnili, że zespół z Mo-Town kompletnie im nie leży. Z ostatnich 21 spotkań pomiędzy tymi drużynami, 17 padło łupem Pistons.
Całe spotkanie począwszy od pierwszej kwarty toczyło się na styku. Gospodarze po punktach Charliego Villanuevy co prawda szybko odskoczyli na dziewięć punktów, jednak taka strata ze strony Magic szybko została odrobiona.
Stało się tak w 16 minucie po punktach z rzutów osobistych lidera Orlando, Dwighta Howarda. Nie można jednak nie wspomnieć, że lider Magic miał ogromne problemy z faulami. W całym spotkaniu zagrał zaledwie 17 minut (oprócz fauli również przez drobną kontuzję ramienia) walnie przyczyniając się do tego, że jego zespół przegrał walkę na tablicach ze słabymi trzeba przyznać w tym elemencie gry Pistons.
Co najważniejsze jednak dla nas, taka sytuacja otworzyła wielkie pole do popisu dla Marcina Gortata. Ten ku niezadowoleniu nas wszystkich jest jednak wyraźnie bez formy. Grał więcej od Howarda, zdobył cztery punkty i zebrał siedem piłek. Można było jednak odnieść wrażenie, że Polak jest wolniejszy i poprostu słabszy niż choćby w końcówce ubiegłego sezonu zasadniczego. Jedyne co go łączy z Howardem to liczba przewinień, obaj musieli opuścić parkiet za sześć fauli.
W dalszej części spotkania oba zespołu nadal szły łeb w łeb. Kluczowe jak się później okazało były cztery ostatnie minuty w wykonaniu podopiecznych Stana Van Gundy'ego. Po punktach z wolnych Ryana Andersona prowadzili oni 77:75. Od tego momentu zdobyli już tylko dwa punkty i to ostatnie w meczu, gdy wynik był już przesądzony. Od owych punktów Andersona Pistons zanotowali run 10:0. W ekipie przyjezdnych nie było komu zdobyć punktów w końcówce i to było głównym czynnikiem porażki 80:85.