Boston zwycięża na inaugurację w Cleveland
Kolejny sezon najlepszej koszykarskiej ligi świata rozpoczęty. W meczu otwarcia, który odbył się w Cleveland miejscowi Cavaliers ulegli drużynie Boston Celtics 89:95. Goście w pełni zasłużyli na wygraną, będąc przez przeważającą część spotkania drużyną bardziej dojrzałą, skuteczniejszą i mającą więcej atutów w ataku.
Sam początek spotkania należał jednak do gospodarzy. którzy rozpoczęli pojedynek od niezwykle mocnego uderzenia. Celne rzuty Andersona Varejao - który korzystał na podwajaniu Shaquilla O'Neala - oraz LeBrona Jamesa zaskutkowały szybkim objęciem prowadzenia aż 13:2.
Doc Rivers szybko wziął czas jednak na niewiele się to zdało. Kawalerzyści nadal grali skuteczniej. Przede wszystkim Shaquille O'Neal. Po jego trzech kolejnych rzutach było już 21:7. Wpływ na taki wynik miała głównie kapitalna postawa wysokich w Cleveland. Podkoszowi Cavs wygrywali pojedynki jeden na jeden, rzucali na wysokiej skuteczności z "pomalowanego", LeBron James trafiał nawet "z ręką" Paula Pierce'a. Trenerzy obu zespołów zaczęli po chwili przeprowadzać pierwsze zmiany w swoich składach i od tego momentu goście zaczęli minimalnie zmniejszać straty, które po 12. minutach wynosiły już tylko siedem oczek.Z biegiem czasu drugiej kwarty Bostończycy zaczęli spokojnie i powoli odrabiać straty, możnaby powiedzieć w sposób iście profesorski. Dobra defensywa, która wymuszała rzuty gospodarzy z nie przygotowanych pozycji, dobra gra rezerwowych Celtics, a co najważniejsze nieobecność na parkiecie LeBrona Jamesa zaskutkowały tym, iż po czterech minutach drugiej "ćwiartki" Kawalerzyści prowadzili już zaledwie jednym oczkiem. Owy brak Jamesa był niezwykle uwidoczniony, Była to powtórka z wielu spotkań poprzedniego sezonu, gdy Cleveland bez LeBrona grało jak Minnesota, czy Milwaukee. Chwilę później Rasheed Wallace swoim drugim celnym rzutem za trzy doprowadził do remisu 32:32 i mecz zaczął się jakby od nowa.Oba zespoły do końca pierwszej połowy grały bardziej rozważnie, bardziej przykładając się do obrony. To w zasadzie dopiero w tym momencie zaczęła się prawdziwa NBA. I w takiej grze lepiej radził sobie Boston, który poprostu miał więcej ogniw w ataku, w tym szczególnie wielu strzelców z dystansu, Na przerwę Garnett i spółka schodzili prowadzać sześcioma punktami, a jak się później okazało, tuż po niej jeszcze bardziej ją powiększyli. Po podaniu Rondo i punktach Garnetta Celci mieli już 14. punktów zaliczki nad Kawalerzystami. Cleveland grało zbyt statycznie w ataku. Tak z Bostonem poprostu nie można grać, szczególnie po jego letnich transferach. Z taką grą ofensywną żaden zespół NBA nie ma czego szukać przeciwko Celtics, którzy w przeciwieństwie do początku spotkania w końcu złapali wiatr w żagle. Boston grał długimi momentami tak, jak przez większą cześć dwóch poprzednich sezonów, niezwykle drużynowo, każdy z zawodników wiedział co robić w danej akcji, każdy z nich wiedział co robić, aby jeszcze bardziej skarcić swoich rywali.Pod koniec trzeciej kwarty w zasadzie tylko i wyłącznie LeBron James trzymał zespół ze stanu Ohio przy życiu. Kapitalne akcje zarówno w ataku jak i w obronie skutkowały jednak tylko i wyłącznie utrzymywaniem straty w okolicach 10 punktów.Jakby tego było mało, ku niepocieszeniu kibiców zgromadzonych w Quicken Loans Arena Celci trafiali jak na zawołanie za trzy punkty (w pewnym momencie było to 9/15). Trener Mike Brown nakazywał grać bardziej agresywnie swoim zawodnikom, jednak jego polecenia znajdywały odzwierciedlenia na parkiecie. Bardzo dobrze grający Celci za żadne skarby nie oddawali prowadzenia. Działo się tak nawet pomimo fatalnej skuteczności Bostonu w ostatniej części spotkania. Cavaliers grali o wiele bardziej agresywnie, co poprostu wymuszało taki stan rzeczy. Co najgorsze dla fanów mistrzów z 2008 roku, podopieczni Doca Riversa zatracili cały spokój z poprzednich trzech kwart. Niepotrzebne straty, rzuty z nieprzygotowanych pozycji, to wszystko doprowadziło do nerwowej końcówki spotkania. Na nieco ponad minutę przed końcem piłkę mieli gospodarze, a przewaga Celtów wynosiła po celnym rzucie Pierce'a zaledwie sześć oczek. W bardzo ważnej akcji piłkę zgubił jednak Anthony Parker i sytuacja Cavs była już bardzo zła. Jak się okazało chwilę później formalności dopełnił Paul Pierce. Na 30 sekund przed końcem było 91:83. Potrzeba było cudu, aby Cleveland odwróciło losy spotkania. Takowego jednak nie było i ostatecznie Boston wygrał na trudnym terenie w stanie Ohio 95:89.