Felieton: 8:0 Magic, czyli koniec marzeń o mistrzostwie?
Orlando Magic zakończyli rozgrywki pre-season z dorobkiem aż ośmiu zwycięstw. Ani razu nie schodzili z parkietu w roli przegranych. Swoje spotkania wygrywali różnicą średnio 16 punktów. Czy oznacza to, że są murowanym faworytem do zdobycia mistrzostwa NBA? Z pewnością nie. Co więcej, spokojnie można odnieść wrażenie, że owego mistrzostwa z pewnością nie zdobędą.Rozgrywki przedsezonowe odkąd zostały wprowadzone, niezbyt często wywierały ogromne emocje wśród ogromu fanów najlepszej koszykarskiej ligi świata. Sytuacja ta zmieniła się ostatnimi laty, kiedy to w dobie internetu coraz więcej z nas miało dostęp nie tylko do szarych statystyk, ale również do samych relacji na żywo.
Taka sytuacja nie zmieniła jednak podejścia sztabów szkoleniowych drużyn do nowych rozgrywek. Ci, którzy celowali w mistrzostwo, ci którzy mieli szeroką ławkę rezerwowych - swoją drogą jedno bardzo mocno wynika z drugiego - zwykle odpuszczali owe rozgrywki, grając swoimi gwiazdami po niecałe 20. minut w meczu, testując rezerwowych, dopiero co wybranych w drafcie etc. Moje słowa potwierdza statystyka. W ostatnich czternastu sezonach późniejszy - pewnie sięga to dalej - mistrz NBA nigdy nie wygrał wszystkich spotkań w pre-season (stąd też tytuł felietonu). Najbliżej tego byli Trail-Blazers z Sheedem i Pippenem w 2000 roku, jednak jak się okazało w finale Konferencji Zachodniej z Lakers nie wystarczyła nawet 17. punktowa przewaga w siódmym meczu serii.Można powiedzieć, że każda seria kiedyś się kończy. Że każda statystyka kiedyś bierze w łeb. Ale czy ową serię dadzą radę przełamać Magicy z Florydy? Moim zdaniem nie i tego faktu nie zmienia nawet 8:0 w pre-season, które Magic osiągnęli grając w zasadzie siódemką zawodników.Bo dajmy na to, co się stanie gdy w finale wschodu lub wcześniej Magic trafią na Celtics mających najlepszych podkoszowych w lidze. Co się stanie, gdy defensywa Celtów to nie będzie zwykłe podwajanie Howarda, który tym samym bardzo dobrze kreuje pozycje dla reszty zawodników.Howard wielokrotnie przyznawał, że nienawidzi grać przeciwko Rasheedowi Wallace'owi. I tutaj ponownie przychodzi nam statystyka. Howard przeciwko Sheedowi w swojej karierze rzuca na marnych 46% z gry. To koszmar jeśli chodzi o centra. A jeśli dodamy do tego Kendricka Perkinsa, czyli chyba jedynego centra w NBA mogącego przeciwstawić się fizycznie Howardowi, a także najlepszego defensora w pomalowanym Kevina Garnetta. Wniosek jest prosty. Celci są jednym z trzech, no może czterech zespołów w lidze, które w obronie potrafią grać bez podwajania Howarda. A to trzeba przyznać, może nie tyle burzy, co bardzo ogranicza koncepcje gry Stana Van Gundy'ego. Jak łatwą drogę mieli w zeszłorocznych Play-Offach Magicy. Nie pierwszą rundę szkoda słów, w drugiej spotkali się z Celtami bez KG i Roscoe, w ECF spotkali się z Cavs bez ani jednego klasowego podkoszowego. I w końcu w finale spotkali się z Lakers, zespołem jeśli chodzi o podkoszowych niwelującym większość atutów Orlando.Rashard Lewis, Vince Carter, Ryan Anderson nie będą mieli w Play-Offach tyle wolnego miejsca na dystansie przeciwko Celtom. Jeśli jestem już przy Andersonie, to od razu sorry Marcin ale nie masz już szans na grę jako silny skrzydłowy w Magic. Van Gundy zakochał się w swoim nowym nabytku, ten idealnie pasuje do jego taktyki. Lewis nie zagra przez dziesięć pierwszych spotkań. W pierwszej piątce zastąpi go Anderson, a jego zmiennikiem będzie Brandon Bass. No, ale chociaż jest prawie sześć milionów w kieszeni.Wnioskiem z tego felietonu nie jest jednak to, że Magicy nie mają szans na mistrzostwo. W końcu ktoś musi złamać regułę pre-season. Chciałbym jednak zaznaczyć, iż nawet znakomite 8:0 w rozgrywkach przedsezonowych nie zmienia faktu, że podopieczni Van Gundy'ego są dopiero trzecią siłą na wschodzie. Taka jest prawda, gorzka prawda dla fanów zespołu z Florydy, którzy powinni wierzyć w to, iż tak jak w poprzednim sezonie braki na papierze zniwelują na parkiecie. Problem jednak w tym, iż są to jeszcze większa braki niż rok temu.