'Jak przegrywam, to idę postrzelać'
Najbardziej tęskni za szaszłykami, za idola ma Serba, a koledzy z Orlando Magic nazywają go… "Marzec". Marcin Gortat przebojem wdarł się do najlepszej koszykarskiej ligi świata i jak sam przyznaje nie boi się samego Kevina Garnetta. Przeczytajcie, co jedyny Polak w NBA robi, gdy nie gra i co chce osiągnąć na parkiecie. Z niedzieli na poniedziałek stoczy bój o awans do finału Konferencji Wschodniej NBA.
Kuba Czernikiewicz: Przeciwko komu grało się Panu najtrudniej?Marcin Gortat: Bez wątpienia: Dwight Howard. Bardzo silny, atletyczny zawodnik. Dominuje na parkiecie i tak naprawdę jest nieobliczalny. To, że na co dzień muszę z nim walczyć pod koszem, sprawia, że jestem lepszy. Jeśli chodzi o zawodnika, z drużyn rywali, wymieniłbym Chrisa Bosha. Jest strasznie szybki, skoczny i świetnie gra tyłem do kosza. Oprócz niego bardzo trudno gra się przeciwko Rasheedowi Wallace’owi.
K.C.: Ile jest prawdy w opiniach, że Dwight Howard to "dusza człowiek" i wielki wesołek? M.G.: Dwight to ogromny żartowniś. To wręcz niemożliwe, jak dużo robi idiotycznych kawałów. Potrafimy się śmiać dzień i noc. On cały czas dorasta. Ma wielki charakter i mam nadzieję, że osiągnie w życiu, to czego chce. Blisko Howarda jest Jameer Nelson. Razem budują niesamowitą atmosferę w zespole, która pomaga w trakcie meczów.
K.C.: Ostro trenujecie z Howardem na wspólnych treningach? M.G.: W fazie play off nie mamy już wspólnych treningów, na których obijamy się o siebie i walczymy do upadłego. Trenujemy indywidualne. Każdy ma swojego trenera i z nim ustala kiedy pojawia się na sali. Dochodzą do tego pływanie, treningi na siłowni i stretching. Czasami zdarza się boks. Zajęcia drużyny są, ale „chodzone”. Ćwiczymy zagrywki.
K.C.: Jest różnica między treningami w Polsce, Europie Zachodniej i USA? M.G.: Ogromna! Przede wszystkim w Europie i USA są lepsze warunki, o wiele lepszy sztab szkoleniowy, który poświęca więcej czasu młodym zawodnikom i chce z nimi osiągnąć dobre wyniki. Poświęcenie wielu ludzi oraz pieniądze włożone w rozwój drużyny procentują.
K.C.: W polskiej i amerykańskiej prasie głośna była historia o Pana wywiadzie i słowach o trenerze van Gundym. 11 maja, po porażce z Bostonem, miał przyznać, że "przegrana końcówka to wyłącznie jego wina". Przepraszał koszykarzy w szatni? M.G.: To całkowite nieporozumienie! Moja wypowiedź została połączona z wypowiedzią Shaqa, czyli zmanipulowana. Wyszło nieładnie w stosunku do trenera. Van Gundy’emu zawdzięczam wszystko! On dał mi szansę gry w NBA. Gdyby nie on, nie istniałbym! Nauczył mnie dyscypliny. Jest niesamowitym motywatorem. Wszyscy wiedzą, że jest znakomitym trenerem.
Reszta wywiadu na stronach onet.pl