Pierwsza niespodzianka za nami, Celtics na deskach
Już w pierwszym meczu tegorocznych Play-Off doszło do sporej niespodzianki. Boston Celtics osłabieni brakiem kontuzjowanego Kevina Garnetta ulegli na własnym parkiecie Chicago Bulls 105:103. Byki do zwycięstwa poprowadził niesamowity pierwszoroczniak Derrick Rose, który na swoim koncie zapisał 36 punktów i 11 asyst. Jest to pierwsze zwycięstwo Bulls nad Celtics w historii fazy Play-Offów.
Już pierwsze minuty spotkania utwierdzały wszystkich kibiców w przekonaniu, iż obrońcy tytuły będą mieli niezwykle ciężkie zadanie, aby bez kontuzjowanego Kevina Garnetta wyeliminować będących ostatnio w świetnej formie Bulls.
Fani drużyny z Chicago co chwilę zachwycali się w pierwszej połowie efektownymi, a co najważniejsze efektywnymi zagraniami Derricka Rose, który w pierwszej połowie zanotował 13 punktów i 7 asyst. Jego wpływ na grę był na tyle widoczny, iż nieprzyznanie Rose'owi nagrody ROY byłoby co tu dużo pisać nieporozumieniem. Po ogłoszeniu przez sztab szkoleniowy Celtics, iż Kevin Garnett najprawdopodobniej nie wystąpi w ogóle w fazie Play-Off wszyscy eksperci przewidywali, iż Boston będzie miał niezwykłe problemy na deskach. I w pierwszych 24 minutach meczu było to "uwypuklone". Pod koszami szalał szczególnie Joakim Noah (w pierwszej połowie 10 oczek i 8 zbiórek). Braki wśród podkoszowych było najbardziej widać w ostatniej akcji drugiej kwarty, gdy Brad Miller po ofensywnej zbiórce w "trumnie" nie miał w obrębie dwóch metrów żadnego obrońcy Celtics. Center Bulls owymi punktami ustalił wynik pierwszej na 53:44. Wynik nie mógł być inny, skoro statystyka fastbreak points wynosiła 15-2 dla Chicago.Specjalnie nic na razie nie wspominałem o Paulu Piercie, który w pierwszej połowie był zupełnie niewidoczny, jednak w trzeciej kwarcie pokazywał, dlaczego to on jest kapitanem Celtów, a w zeszłorocznych Play-Offach został wybrany MVP finałów. Dwie trójki mimo asysty obrońcy i fani zgromadzeni w TD Banknorth Garden Arena nadal zobaczyli "tych" Celtics. Chicago nadal jednak utrzymywało nieznaczną przewagę, a to wszystko za sprawą nieprawdopodobnego Rose'a. Aż dziw bierze, że to jest jego pierwszy mecz w fazie posezonowej w karierze w NBA. W 33. minucie po trójce Rondo gospodarze wyszli na prowadzenie 68:67 i od tego momentu mecz zaczął się jakby od nowa.
Niezwykle skuteczny Noah ponad Kendrickiem Perkinsem
W czwartej kwarcie przez większą cześć czasu toczyła się walka punkt za punkt. Na nieco ponad cztery minuty do końca Bulls po rzucie Gordona prowadzili 84:79. Jednak już minutę później Paul Pierce wyprowadził Celtics na prowadzenie. Momentami Byki przy życiu utrzymywał Ben Gordon, który nie dość, że najpierw przerwał 8-0 run Celtics to później wyprowadził swój zespół na prowadzenie akcją 2+1. Na 37. sekund przed końcem po dwóch celnych osobistych Pierce'a gospodarze prowadzili 94:93. W odpowiedzi punkty zdobył niesamowity Rose, który później trafił dwa wolne dzięki czemu goście na niecałe dziesięć sekund przed końcem prowadzili 97:96. Gospodarze mieli mało czasu na skonstruowanie akcji, jednak przy rzucie faulowany został Paul Pierce. Pierwszy wolny trafił, Doc Rivers zaczął zmieniać zawodników, aby obronić ostatnią akcję, jednak ku niepocieszeniu kibiców Bostonu Pierce nie trafił drugie osobistego i do rozstrzygnięcia zwycięzcy potrzebna była dogrywka, która tak jak czwarta kwarta była niezwykle emocjonująca i wyrównana.Na półtorej minuty przed końcem Paul Pierce wyrównał stan meczu na 103:103. Chwilę później na prowadzenie Byki wyprowadził Tyrus Thomas. Ten sam zawodnik nie trafił rzutu na 12 sekund przed końcem, Pierce zebrał i Celtics mieli piłkę i ostatnią akcję dogrywki. Rajon Rondo wymusił faul na pierwszym rozgrywającym Chicago i rozgrywający świetne zawody Rose musiał opuścić parkiet. Faul Rose'a nie zaskutkował jednak rzutami osobistymi i Bostonowi po bloku Noaha zostały trzy sekundy na oddanie celnego rzutu. Grający jednak koszmarne spotkanie Ray Allen nie trafił i to Chicago prowadzi po pierwszym spotkaniu w rywalizacji z Bostonem.