Garnett powrócił, Celtics wygrali
Kevin Garnett powrócił po 13 spotkaniach nieobecności spowodowanej kontuzją nogi. Co prawda popularny KG nie zagrał ani minuty w czwartej kwarcie, ale nie przeszkodziło to Bostonowi w odniesieniu ważnego zwycięstwa ze względów psychologicznych nad San Antonio Spurs. Jak się okazało, kluczowe dla losów spotkania były ostatnie rzuty w wykonaniu Tony'ego Parkera.
Pierwsza kwarta spotkania należała jednak do gospodarzy, którzy niesieni dopingiem prawie 19. tysięcy kibiców zgromadzonych w hali AT&T Center wygrali tą część meczu 22:16.
Druga "ćwiartka" spotkania była już bardziej wyrównana. Obie drużyny grały skutecznie w obronie, a co najważniejsze równo, bez żadnych przestojów, co ewidentnie zdarzało się Celtom w pierwszej kwarcie. Wynik po stronie gospodarzy "ciągnęła" dwójka liderów Tony Parker-Tim Duncan, którzy w pierwszej połowie meczu zdobyli razem 25 punktów dla swojej drużyny. To głównie dzięki nim, Spursi prowadzili po pierwszych 24 minutach 42:37.
Cała ta przewaga została jednak zniwelowana w trzeciej kwarcie, którą goście wygrali 27:21. Dzięki temu największe emocje koszykarze obu drużyn pozostawili nam na ostatnie fragmenty spotkania. Na nieco ponad trzy minuty do końca meczu, po punktach wspomnianego wcześniej Parkera, na tablicy świetlnej widniał remis 74:74. W odpowiedzi dwa punkty zdobył Kendrick Perkins (76:74 dla Bostonu). Jednak to, co zdarzyło się po tej akcji, przyprawiało o zawrót głowy szkoleniowca gospodarzy, Gregga Popovicha. Jego najlepszy rozgrywający, nie trafił aż czterech rzutów osobistych z rzędu. Gdyby trafił przynajmniej trzy, Spursi prowadziliby na 30. sekund do końca. Tak jednak w następstwie punkty zdobył Davis i wynik meczu był już praktycznie rozstrzygnięty. Na nic zdała się celna trójka Michaela Finley'a. Boston wygrał na obcym terenie z San Antonio 80:77.
"Jeżeli w arcyważnej końcówce nie trafia się sześciu rzutów wolnych z rzędu (przed Parkerem dwóch osobistych nie trafił Finley - przyp. red.), to nie można myśleć o zwycięstwie." - powiedział po spotkaniu trener Popovich. "Gdybyśmy trafili wszystkie te osobiste, wynik mógłby być zupełnie inny. Nie można jednak płakać nad rozlanym mlekiem.