Wywiad Piotr Ignatowicz

Dodano: 9 września 2008 17:28
Wywiad Piotr Ignatowicz
Michał Fast, Informacja własna
WikiMedia

Hubert Krzywda: Śmiało można powiedzieć, iż nie do końca spełnił się Pan jako koszykarz. Wpływ miały przede wszystkim na to kontuzje, zgadza się?

Piotr Ignatowicz: Jest w tym dużo prawdy. Pierwszą poważną kontuzją złapałem na ostatnim meczu sezonu w Stargardzie Szczecińskim tuz przed podpisaniem kontraktu ze Śląskiem Wrocław. I tu pokłon w stronę Bacika, który umyślnie faulując mnie przy próbie wsadu wyłączył mnie z gry na 2 lata. Później mimo iż udało mi się wrócić do gry, to ciągle miałem problemy z tym kolanem. Po udanym sezonie (2001/2002 chyba) zostałem wytypowany przez trenera Szczubiała do kadry Polski oraz do pierwszej piątki sezonu wśród Polskich zawodników, podpisałem ciekawy kontrakt z ekstraklasą francuską, ale wtedy pojawiła się następna poważna kontuzja zerwanego achillesa... Wróciłem ponownie do gry do francuskiej Pro B i ProA, ale nie na długo, bo na stałe przestałem grac po kolejnej kontuzji kolana. A więc tak można powiedzieć, ze nie osiągnąłem jako koszykarz tego, co mógłbym osiągnąć.

H.Krzywda: Co by Pan zmienił, (gdyby można się cofnąć w czasie) by uniknąć niepotrzebnych kontuzji? Czy był to efekt złego przygotowania, czy też po prostu Pański organizm dopominał się o swoje?

P.Ignatowicz: Tak jak już mówiłem kontuzji nabawiłem się przez kogoś- sam nigdy nie miałem problemów ze zdrowiem, byłem dobrze przygotowany fizycznie, po półtorarocznym pobycie w Stanach... Koledzy zawsze mi mówili, że ten kto wysoko lata, ten krótko lata, albo spada z wysoka- tak było dosłownie w moim przypadku, bo przed kontuzja często kończyłem akcje efektownym wsadem z góry. Późniejsze kontuzje były tylko konsekwencja przeciążeń, jakie znosił mój organizm oszczędzając kontuzjowane kolano.

H.Krzywda: Stargard Szczeciński- czego tam zabrakło by na stałe zadomowić się w czołówce ligi? Przez ten klub, gdy Pan tam właśnie grał przewinęło się wielu świetnych graczy, by wspomnieć tylko McNaulla czy Upshawa...

P.Ignatowicz: Myślę, ze nikomu nie nadepnę na odcisk mówiąc, ze zabrakło pieniędzy oraz sprawnego zarządzania nimi. Sukces, jaki osiągnęliśmy, odnieśliśmy głównie dzięki wychowankom wzmocnionym kilkoma wartościowymi graczami i trenerowi Aleksandrowiczowi, który umiał z nas wycisnąć to, co najlepsze i wykorzystać to w meczach. Nie baliśmy się nikogo wtedy w lidze. Potem wszystko się rozpadało sezon po sezonie, wychowankowie tacy jak ja, Grudziński, Wiekiera i kilku innych odchodzili, bo byliśmy oszukiwani przez ówczesnego prezesa, aż Spójnia spadła na samo dno. Ale teraz jest w dobrych rękach ludzi, którzy kochają koszykówkę i wierzę, że w Stargardzie zawita kiedyś jeszcze ekstraklasa koszykówki.

H.Krzywda: Wspomniane wcześniej kontuzje wyeliminowały Pana z gry we Wrocławiu- w tamtym czasie najlepszej polskiej ekipie, która po wielu latach dobijania się do czołówki europejskiej zadebiutowała w końcu w najwyższych rozgrywkach- jak Pan widzi to teraz, czy w pełni sił i zdrowia widziałby się Pan w tym zespole?

P.Ignatowicz: Tej szansy jest mi najbardziej szkoda, bowiem wierzę, że udało by mi się przebić w Śląsku, chociaż na mojej pozycji grał tam wtedy Maciej Zieliński, którego bardzo szanuję. Śląsk dopiero walczył o Euroligę i to był najlepszy moment, żeby przebić się do zawodniczej elity, ale niestety ułożyło się inaczej. Tak naprawdę jednak nie żałuję w życiu niczego, nawet tych straconych przez kontuzje szans, bo nie wiadomo co by było gdyby... Kontuzje wiele mnie tez nauczyły, a teraz jestem szczęśliwym mężem i ojcem, i to chyba ważniejsze niż gra w Eurolidze.

H.Krzywda: Pamiętam taki sezon z PLK, gdy trafił Pan do Szczecina, gdzie wspólnie z młodym wówczas Szymonem Szewczykiem decydowaliście o obliczu najsłabszej ekipy ligi. Jak to jest- z jednej strony pełnić funkcję lidera drużyny, dwoić się i troić na boisku, z drugiej jednak regularnie dostawać baty?

P.Ignatowicz: Oprócz nas grał tam jeszcze mój dobry przyjaciel Przemek Frasunkiewicz. To był fajny okres. Atmosfera była niezła. Pamiętam, jak kiedyś przyjechał do nas Sopot, którego jeden zawodnik zarabiał więcej niż cała nasza drużyna, a my zaczęliśmy mecz od 22 - 0. Niestety przegraliśmy w końcówce różnicą dwóch punktów, ale nieźle napędziliśmy im wtedy stracha. Niewiele nam brakowało, żeby wygrywać, ale tez zarząd w ogóle się nie starał i rozstałem się z nimi w niemiłych okolicznościach w połowie sezonu, kiedy to już zalegali mi 3 miesiące z wypłatą. Potem jeszcze zablokowali mi list czystości i przepadła druga polowa sezonu, ale tak to niestety w Polskiej koszykówce jest- zawodnik jest zdany na łaskę bardziej lub mniej życzliwych ludzi i mieć nadzieję, ze go nie oszukają.

H.Krzywda: Potem była Francja- bardzo silna liga, duża konkurencja w składzie- jak Pan wspomina ten okres? Zarówno w Pro A, jak i na zapleczu ekstraklasy, gdzie notował Pan świetne statystyki.

P.Ignatowicz: Pierwszy sezon prawie w ogóle nie pograłem bo się leczyłem. Potem musiałem udowodnić ze potrafię grac w pro B i tam miałem wspaniały okres. Mieszkałem na lazurowym wybrzeżu, z okien widziałem palmy i Morze Śródziemne, grało mi się świetnie, nic mi nie dokuczało i miałem dobre statystyki. To był jeden z lepszych okresów w mojej karierze. Niestety zachciało mi się ponownie wielkiej koszykówki i wróciłem do Pro A, gdzie początkowo notowałem również dobre statystyki, ale wtedy nie wytrzymało moje kolano... i tak skończyła się moja przygoda z wielką koszykówką w roli zawodnika.

H.Krzywda: Dzisiaj realizuje się Pan w troszkę innym charakterze, jak wspominał mi Pan wcześniej- trochę dalej od poważnej koszykówki, jednak w miarę jedzenia apetyt rośnie-jakie cele na ten sezon?

P.Ignatowicz: Kiedyś nie wierzyłem, że będę trenerem, bo ja nigdy nie oglądałem nawet koszykówki w TV, nie znałem wielu zawodników, po treningu uciekałem od kosza i wszystkiego co się z nim wiązało. Jednak zajmuje się tym już 20 lat i tak naprawdę to ciężko by mi było żyć bez koszykówki - stąd decyzja o karierze trenerskiej. Udało mi się znaleźć nowy klub i bardzo miłych ludzi w Radomiu. Udało mi się także zaszczepić w nich miłość do basketu i w tej chwili cel jest tylko jeden- awans do 1 ligi. Klub jest zarządzany bardzo mądrze, uruchomione zostało szkolenie młodzieży w Radomiu na szeroką skalę i jestem pewien, że za kilka lat będą tego efekty. Mam nadzieję, że zostanę tu również na dłużej i być może za parę sezonów uda mi się wywalczyć awans do ekstraklasy co jest w tej chwili moim zawodowym celem i marzeniem numer jeden.

H.Krzywda: W jednym z wywiadów wspominał Pan, iż w tym momencie prezentuje jedynie 30% z tego co potrafi naprawdę- czy rzeczywiście?

P.Ignatowicz: Niestety tak jest, i nie chodzi tu o wiek, bo we Francji grałem z 43- latkiem, który świetnie sobie radził, a ja mam zaledwie 33, ale moje kolano po prostu nie wytrzymuje obciążeń jakie znosi organizm podczas gry w koszykówkę, w której ciągle się skacze, ścina, zmienia kierunek ruchu itd. Owszem gram sobie na treningach i często nawet jeszcze skończę cos z góry :). Ale do zawodowego grania się nie nadaję, chyba że poddam się kolejnej ósmej już chyba operacji kolana o czym zacząłem ostatnio myśleć poważnie i spróbuje pomóc swojej drużynie zawalczyć za rok lub dwa o ekstraklasę.

H.Krzywda: Do jakiego z obecnie grających w lidze bądź gdziekolwiek indziej w Europie koszykarskiego stylu Pan pasuje ( ja widzę podobieństwo w stylu gry do Mujo Tulijkovica).

P.Ignatowicz: I tu jest problem, bo tak jak mówiłem ja nie jestem kibicem koszykówki, a zawodnikiem i meczów nie oglądam w TV :). Zwłaszcza po tym jak przestałem grać, bo mnie denerwowały. Myślę, ze z polskiego podwórka mógłbym się porównać do Ignerskiego, albo taką mniejszą o 10 cm wersją Adama Wójcika - zresztą często graliśmy przeciwko sobie.

H.Krzywda: Czego można życzyć Piotrowi Ignatowiczowi na przyszłość? Bardziej sukcesów trenerskich czy jeszcze zawodniczych?

P.Ignatowicz: Myślę, ze sukcesów trenerskich zdecydowanie, bo pogodziłem się już z faktem, że moja profesjonalna kariera zawodnicza się skończyła. Przez ostatnie kilka lat byłem w cieniu, ale mam nadzieje, ze z moją nową drużyną - Rosasport Radom uda mi się za kilka lat awansować do ekstraklasy, a może nawet zdobyć Mistrzostwo Polski i tego bym sobie życzył

H.Krzywda: Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę spełnienia w realizacji stawianych sobie celów.

P.Ignatowicz: Dziękuję i pozdrawiam

Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp